Egipska
policja zastrzeliła 42-letniego Erytrejczyka, który o świcie próbował przedostać się do Izraela - poinformowała niedawno agencja Reuters. Takie depesze pojawiają się co kilka tygodni, regularnie jak w zegarku. Zmieniają się tylko narodowość ofiary (raz jest to Sudańczyk, raz Erytrejczyk, to znów Etiopczyk) oraz miejsce postrzału (jeden dostaje w głowę, inny w żołądek czy w klatkę piersiową).
- Egipska straż graniczna uczyniła z egipsko-izraelskiej granicy na Synaju prawdziwą strefę śmierci - oburza się Sarah Lean Whitson, szefowa Human Rights Watch na Bliski Wschód i Afrykę Północną. Tylko w ciągu pierwszych trzech miesięcy tego roku zastrzelono 12 imigrantów z Afryki, którzy próbowali przekraść się do Izraela. W sumie od 2007 r. zginęło w ten sposób co najmniej 67 osób.
Obrońcy praw człowieka są pewni, że w rzeczywistości na długiej na ponad 250 km pustynnej granicy ginie o wiele więcej niedoszłych uciekinierów. Trudno oszacować, ilu, bo jest to zamknięta strefa wojskowa. - Jestem przekonany, że ofiar są setki - przekonuje Sigal Rosen z izraelskiej organizacji Moked prowadzącej gorącą linię dla imigrantów, którym udało się pokonać granicę. - Wszyscy opowiadają, że ktoś z ich grupy został zastrzelony albo postrzelony, że ciała często są porzucane na pustyni.
Wielu jednak uchodzi z życiem. Według szacunków izraelskiego MSW w ciągu ostatnich pięciu lat do Izraela przedostało się nielegalnie z Egiptu 24 tys. imigrantów. Władze chcą im postawić tamę, dlatego izraelska straż graniczna zawraca do Egiptu tych, których uda się zatrzymać w ciągu pierwszych 72 godzin od przekroczenia granicy. To również jest sprzeczne z międzynarodowym prawem, bo w ten sposób uciekinierom odbiera się możliwość ubiegania się o azyl.
Nielegalne uciekają z Sudanu, Erytrei czy Etiopii przed wojną, przymusową służbą wojskową, ubóstwem. Niektórzy wcześniej próbują ułożyć sobie życie w Egipcie, ale bieda, z jaką borykają się sami Egipcjanie, prędzej czy później zmusza ich do szukania szczęścia w Izraelu, najbogatszym państwie regionu.
Obrońcom praw człowieka wtóruje ONZ. - Nie ma drugiego kraju, w którym siły rządowe naumyślnie zabijałyby tak wielu nieuzbrojonych imigrantów - oburza się Navi Pillay, wysoka komisarz ds. praw człowieka. - Egipskie służby bezpieczeństwa jawnie stosują politykę "strzelaj, żeby zabić"; przecież śmierci kilkudziesięciu osób nie da się wytłumaczyć wypadkiem.
Na razie egipskie władze wydają się niewzruszone krytyką. - Ochrona granic wynika z naszego poszanowania dla międzynarodowego prawa - przekonuje Hossam Zaki, rzecznik
MSZ. - Musimy walczyć z przemytem broni, narkotyków i ludzi, a strażnicy strzelają tylko do osób, które ignorują ich ostrzeżenia.
W zeszłym roku egipski
dziennik "Al-Masri Al-Jawm" cytował gen. Muhammada Szuszę, gubernatora Północnego Synaju, który przekonywał, że strażnicy wcale nie przypadkiem zabijają imigrantów. - Tak musi być, to konieczność, inaczej zapanowałby chaos, nikt nie zatrzymywałby się na nasze wezwania - tłumaczył generał.
Władze jak mantrę powtarzają, że muszą zapobiegać kolejnym zamachom terrorystycznym, a także powstrzymywać przepływ palestyńskich bojowników ze Strefy Gazy. Jednak na granicy giną niemal wyłącznie nieuzbrojeni imigranci z Afryki.
Takie tłumaczenie nie przekonuje Joe Storka z HRW. - Ci nieszczęśnicy nie stanowią żadnego zagrożenia dla strażników. Są nieuzbrojeni, a nielegalne przekraczanie granicy na pewno nie jest zbrodnią zasługującą na karę śmierci.
Ci, którym nie uda się przejść albo którzy zostają cofnięci z Izraela, zostają aresztowani. Trafiają przed najbliższy wojskowy trybunał w Aswanie, Hurgadzie, Marsa Matruh czy Ismaili. Od decyzji o deportacji nie mogą się odwoływać, nawet jeśli w kraju czekają ich prześladowania bądź tortury.
W czerwcu 2007 r. prezydent Egiptu Hosni Mubarak i premier Izraela Ehud Olmert spotkali się w Szarm el-Szejk, słynnym kurorcie na Synaju, gdzie wspólnie zastanawiali się, jak uszczelnić granicę. - Porozumieliśmy się z prezydentem Mubarakiem co do sposobów rozwiązania problemu nielegalnej imigracji - cieszył się po spotkaniu Olmert. Trzy dni później egipska policja zastrzeliła na granicy Sudańczyka, dwa tygodnie później młodą ciężarną Sudankę. - W ciemności trudno odróżnić kobietę od mężczyzny, zresztą oni wszyscy są czarni - tłumaczył w gazecie "Washington Post" płk Amr Mamduh, dowódca miejscowej policji.