Duńczycy są pragmatyczni, oszczędni i jak wszyscy Skandynawowie wyczuleni na punkcie ekologii. Dlatego znajdujące się na wyspie Zelandia diecezje Lolland-Falster i Roskilde - kilka tygodni przed kluczowym dla przyszłości walki z klimatem szczytem w Kopenhadze - zdecydowały o zamknięciu siedmiu mniejszych krematoriów. Razem zbudują za to jedno wielkie z pięcioma piecami.
- Krewni nie odczują tej zmiany, ceremonia pożegnania zmarłych odbywać się będzie tam gdzie dotychczas - zapewnia
dziennik "Politiken" Torben Hjul Andersen z międzydiecezjalnej grupy, która zaproponowała budowę wspólnego krematorium.
Zmarłych zawiezie do nich karawan przystosowany do transportu czterech trumien. Do czasu aż uzbiera się odpowiednia ich liczba, będą czekać na przewiezienie w chłodniach. Odległość z niektórych kościołów i kaplic pogrzebowych będzie wynosić nawet 150 km. Jak przekonuje Andersen, dzięki centralizacji o połowę zredukowana zostanie emisja dwutlenku węgla, a pogrzeb będzie tańszy o 550 koron (ok. 300 zł).
Nie wszystkim w Danii pomysł diecezji Lolland-Falster i Roskilde się podoba. - Nie byłbym szczęśliwy, gdyby ciało mojej matki jechało razem z trzema innymi trumnami. To być może irracjonalne, ale jako krewni zmarłych w chwili pogrzebu jesteśmy wyczuleni na drobnostki - tłumaczy wikary Poul Joachim Stender. Niezbyt zadowoleni są też właściciele zakładów pogrzebowych, bo przejęcie przez diecezje transportu zmarłych uderzyłoby ich po kieszeni.
W 5,5-milionowej Danii luteranie stanowią ok. 85 proc., ale praktykujących jest tylko 5-6 proc. wiernych. Luteranizm jest religią państwową, Kościołem dotowanym przez rząd (12 proc. jego budżetu to subwencje), więc duchowni są pracownikami państwowymi.