Good news is no news, czyli dobra wiadomość to żadna wiadomość. Ta zasada rządzi dziennikarstwem właściwie od zawsze. Dlatego też niedawna wizyta prezydenta Bronisława Komorowskiego w Czechach została ledwo co zauważona przez polskie media. No bo skoro stosunki z Czechami są tak świetne i nie ma żadnych problemów, a obywatele darzą się wzajemną sympatią, to o czym tu pisać?
Ano jest o czym. Otóż
Czechy po cichu wyrosły na strategicznego partnera Polski w regionie. Mówili o tym w czasie praskiej wizyty zarówno Komorowski, który dobrze wyczuwa, że w Czechów warto i trzeba inwestować, jak i prezydent Vaclav Klaus. Gospodarz Hradczan, który świetnie dogadywał się z Lechem Kaczyńskim, umie porozumieć się z jego następcą, choć wiele ich różni. A polsko-czeskie partnerstwo w odróżnieniu od tego z Litwą przetrwało śmierć Kaczyńskiego. To drugie utrzymywało się bowiem na iluzji dobrych relacji przy jednoczesnym zamiataniu pod dywan wielu problemów.
W relacjach z Czechami właściwie nie ma czego zamiatać, a wspólnota interesów jest ogromna. Nie przysłaniają ich różnice w postrzeganiu Unii (jak wiadomo, Klaus jest zapiekłym eurosceptykiem, a Komorowski to euroentuzjasta) ani fakt, że czeskie społeczeństwo jest całkowicie zlaicyzowane i znacznie bardziej liberalne niż polskie. Polaków i Czechów łączą nie tylko doświadczenia historyczne, przywiązanie do wolnego rynku i troska o bezpieczeństwo energetyczne (czytaj strach przed uzależnieniem się od dostaw z Rosji). Oba kraje wciąż uważają
USA za gwaranta bezpieczeństwa regionu i są przekonane, że Europa powinna bardziej interesować się relacjami z sąsiadami ze Wschodu.
Jedna z legend, która krąży gdzieś między
MSZ-etami w Pradze i Warszawie, głosi, iż największe polskie osiągnięcie w UE - Partnerstwo Wschodnie - wymyślili w istocie Czesi, ale zgodzili się, by wypromowała je silniejsza i bardziej wpływowa w Europie Polska.
Uwielbiany w Polsce Jaroslav Hašek powiedział kiedyś, że "każde dlaczego ma swoje dlatego". W przypadku relacji polsko-czeskich "dlaczego" jest dziecinnie łatwe do pojęcia. Czesi mieli już swoje przewodnictwo w UE i choć było to przewodzenie z problemami, to służą Polsce doświadczeniem przed jej prezydencją w UE zaczynającą się w lipcu. Polska tworzy koalicję krajów zainteresowanych obroną unijnych funduszy spójności w przyszłym budżecie UE po 2014 r., czym Czechy są także zainteresowane. I mogą nam w tym pomóc instytucjonalnie, przewodząc od czerwca Grupie Wyszehradzkiej.
Oba kraje są obrońcami gospodarki węglowej i obawiają się Europy kilku prędkości, w której kraje strefy euro integrować się będą szybciej i głębiej niż pozostali.
Prezydent Komorowski wie to wszystko i dlatego w Pradze mówił: "Wierzę, że będziemy w stanie na europejskiej glebie forsować kwestie, które są nie tylko w interesie Grupy Wyszehradzkiej, ale także całej unijnej 27.
Czesi wiedzą, że mogą budować swoją przyszłość w Unii także na relacjach z Polską, która ma ambicje bycia wielkim graczem w UE. Mają też świadomość tego, że jak pisze czeski dziennik "Lidove Noviny", obecne partnerstwo nie wynika tylko z postkomunistycznej przeszłości, ale jest naturalne, a stosunki polsko-czeskie są najlepsze w historii.
Good news? Jak najbardziej, choć nie leje się krew i Polaków nie prześladują na Zaolziu...