Chińczycy rządzący Tybetem od 1950 r. chcą decydować o wyborze następnego Dalajlamy i zabronić żyjącemu zmiany zasad wskazywania następcy. Do tej pory ogłoszenie nowego wcielenia poprzedzało szukanie następcy przez mnichów tybetańskich. Po latach znajdowali chłopca, którego na podstawie znanych tylko sobie znaków ogłaszali reinkarnacją poprzedniego Dalajlamy. Chińczycy chcą sterować tymi poszukiwaniem.
Te plany może im pokrzyżować plany
Dalajlama, który od 1959 r. przebywa na emigracji w Indiach. Przywódca tybetańskich buddystów myśli o zmianie zasad poszukiwania reinkarnacji - mówi, że jako żyjący Budda może sam wybrać następcę, i to niekoniecznie w Tybecie. Może więc na emigracji? Kolejny Dalajlama mógłby zostać wybrany demokratycznie.
Chińskie władze Chin nazywają Dalajlamę wilkiem w ludzkich szatach i winią go za niepokoje w Tybecie, gdzie w 2008 r. doszło do masowych antychińskich protestów.
Bardzo liczą na to, że ze śmiercią Dalajlamy skończą się ich kłopoty z Tybetem. Dlatego chcą mu zakazać zmian w poszukiwaniu następcy w imię tradycji.
Padma Cholinga, gubernator Tybetu i członek partii, która głosi ateizm, wypowiedział się w teologicznej kwestii reinkarnacji w kuluarach sesji chińskiego parlamentu. - Musimy przestrzegać historycznych instytucji i rytuałów religijnych tybetańskiego buddyzmu. Obawiam się, że obalanie reinkarnacji nie jest w niczyjej mocy - powiedział.
Po nieudanej ateizacji Tybetu sprzed pół wieku zburzone tybetańskie klasztory zostały odbudowane, ale partia, która rządzi Tybetem żelazną ręką dławi buddyzm, a klasztory obsadza posłusznymi sobie opatami. W 2007 r. ogłosiła przepis, że wskazanie reinkarnacji lamów tybetańskich wymaga zgody władz.
Tybetańczycy boją się, że po śmierci Dalajlamy Pekin ogłosi własnego kandydata. Precedens już jest - w 1995 r., gdy Dalajlama ogłosił reinkarnację zmarłego Panczenlamy (drugi w hierarchii duchowny), władze usunęły chłopca z widoku i wybrały własnego kandydata, którego Tybetańczycy nie uznają.