http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dalajlamy gra w zielone

Robert Stefanicki
2011-01-19, ostatnia aktualizacja 2011-01-19 15:19

Walka z ociepleniem klimatu, nawet kosztem walki o wolność Tybetu - to nowa taktyka Dalajlamy

Dalajlama
Fot.Krzysztof Karolczyk / AG
Dalajlama
ZOBACZ TAKŻE
- Przez najbliższe pięć-dziesięć lat społeczność międzynarodowa powinna odsunąć na bok kwestie polityczne w Tybecie i skupić się na zmianach klimatu, jakie zachodzą na Płaskowyżu Tybetańskim - powiedział Dalajlama ambasadorowi USA w Indiach Timothy'emu Roemerowi. Treść depeszy napisanej przez dyplomatę po spotkaniu w 2009 r. ujawnił Wikileaks.

- Tybetańczycy mogą poczekać na rozwiązanie polityczne, podczas gdy topnienie lodowców, wylesienie i zatruwanie rzek przez kopalnie czekać nie mogą - wyjaśnił Dalajlama. Podał przykład tamy budowanej na polecenie chińskich władz, która pozbawi domów tysiące tybetańskich rodzin i zatopi świątynie buddyjskie.

Ambasador informuje, że Dalajlama poprosił Stany Zjednoczone, by poparły jego nową politykę i naciskały w kwestiach klimatycznych na Chiny. "Może to sygnalizować szerszą zmianę strategii - zamiar przedstawiania sprawy Tybetu jako problem ekologiczny" - pisze Roemer.

Troska Dalajlamy o sytuację ekologiczną w Tybecie jest uzasadniona. Przed chińską inwazją Kraina Śniegów była nieskażona - zarówno z racji braku przemysłu, jak i ze względu na wierzenia tybetańskie, które np. uznają kopalnictwo za niedopuszczalne zakłócenie równowagi w przyrodzie i spokoju bóstwom. Chińczycy postawili sobie za cel rozwój ekonomiczny Tybetu i realizują go bez względu na cenę dla środowiska: na początek wycięli lasy, potem przystąpili do rabunkowej eksploatacji minerałów, następnie grodzenia rzek i jezior tamami. Jest to jedna z przyczyn napięć i protestów. W sierpniu tybetańscy mieszkańcy Driru w prefekturze Nagczu próbowali uniemożliwić budowę tamy w pobliżu góry, którą uważają za świętą. Wiosną podobny bunt, tyle że przeciw nowym kopalniom, wybuchł w okręgu Markham.

Sytuacja w Tybecie - zwanym "trzecim biegunem" ze względu na ogromne zasoby wody zgromadzone w lodzie - ma znaczenie globalne. Na skutek ocieplenia klimatu lodowce nikną w zastraszającym tempie. Według badaczy z Chińskiej Akademii Nauk od rozpoczęcia pomiarów 30 lat temu ich powierzchnia skurczyła się o 17 proc. Za kilkadziesiąt lat największym rzekom Azji grozi wyschnięcie. Już teraz jedna trzecia pastwisk położonych w rejonie źródeł Żółtej Rzeki zamieniła się w pustynię.

W Tybecie trudno rozdzielić ekologię od polityki. Pod pretekstem, że wypas zwierząt niszczy środowisko, chińskie władze siłą osiedliły 100 tys. tybetańskich koczowników w chatach z betonu. Dalajlama wspominał ambasadorowi USA, że Chińczycy powinni zrekompensować pasterzom porzucenie tradycyjnego trybu życia, ucząc ich nowych zawodów, jak tkactwo.

Można wątpić, czy o nacisk na Pekin Dalajlama zwraca się pod właściwym adresem. Chiny są największym emitentem gazów cieplarnianych, USA zajmują drugie miejsce, ale jeśli liczyć emisję na głowę mieszkańca, to Chiny plasują się daleko za Ameryką. Oba kraje są obwiniane o blokowanie globalnego porozumienia na rzecz ograniczenia emisji CO2, przy czym większe odium spada na USA, kraj przemysłowo rozwinięty i światowe supermocarstwo.

Mimo powszechnego uwielbienia dla Dalajlamy, nie wszystkim Tybetańczykom przypadła do gustu jego nowa taktyka. - To dobry sposób, by nagłaśniać sprawę Tybetu na świecie i zdobywać nowych zwolenników. W sprawie środowiska jesteśmy razem - powiedział "Asia Times Online" Tenzin Norsang, sekretarz emigracyjnego Tybetańskiego Kongresu Młodzieży. Zastrzegł jednak, że nie należy rezygnować z politycznego nacisku na Pekin.

O to, co ma być celem polityki tybetańskiego rządu na wygnaniu, toczy się w łonie diaspory cichy spór. Część młodych Tybetańczyków jest zniecierpliwiona brakiem efektów lansowanej przez Dalajlamę pokojowej "drogi środka", zgodnie z którą domaga się on autonomii, a nie niepodległości dla Tybetu. Chińczycy markują dialog i grają na czas, tymczasem kultura tybetańska ginie. W ujawnionej przez Wikileaks depeszy z 2008 r. można przeczytać, że podczas wizyty w ośrodkach uchodźców w Indiach amerykańscy dyplomaci przekonali się, iż wpływy Dalajlamy słabną, a "sfrustrowana młodzież może stwarzać problemy". Na razie to margines, ale gdy zabraknie niekwestionowanego przywódcy, radykałowie mogą dojść do głosu.

Od pewnego czasu też sam 75-letni już Dalajlama próbuje uniezależnić od siebie Tybetańczyków. Po zaplanowanych na marzec wyborach nowego premiera rządu emigracyjnego zamierza "przejść na emeryturę" - przestać pełnić funkcję świeckiego przywódcy i skupić się na powinnościach duchowych. Kto wie, czy uwolniony od codziennych obowiązków nie podejmie się roli rzecznika światowej kampanii przeciw ocieplaniu klimatu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':