Kruczkowska od 1999 r. wielokrotnie wyjeżdżała do Azji. W kwietniu dostała akredytację na Expo w Szanghaju i zaproszenie z chińskiego
MSZ. Ale konsulat ChRL w Warszawie odmówił jej wizy.
- Jest mi przykro, ale jestem też zdumiona. Expo to impreza, na której Polsce bardzo zależy, o czym Chińczycy doskonale wiedzą - mówi Kruczkowska. - To nie przypadek, że coś takiego stało się w chwili, gdy Polska otwiera się na
Chiny, spodziewa się napływu chińskich inwestycji i turystów. To chińska metoda działania. Jak się tam mawia: "Trzeba zabić kurczaka, żeby wystraszyć małpy". Rodzaj ostrzeżenia dla reszty dziennikarzy.
Godlewski był w latach 2000-02 na stypendium w Pekinie, potem pracował w "Gazecie", PAP, "Dzienniku" i "Polska. The Times". Zaproszono go na lipcowy warsztat dziennikarski China Europe Forum w Czengdu. O tym, że nie dostanie wizy, dowiedział się w ubiegłym tygodniu.
- To dla mnie bolesne, chcę zajmować się Chinami jako dziennikarz i mam związane ręce. Musiałem się czymś narazić - mówi. Ostatnio Godlewski przetłumaczył wywiad Dalajlamy dla chińskich internautów.
Kruczkowska usłyszała, że na czarną listę wpisano ją na dwa lata, a "potem zobaczymy". Gdy spytała, o co chodzi, usłyszała: "O olimpiadę".
Dziennikarka podejrzewa, że inicjatywa zakazu wyszła nie z Pekinu, lecz z ambasady Chin w Warszawie: - Miałam stamtąd sygnały, że moje teksty im się nie podobają. "Bo pani zawsze pisze o wypadkach górniczych, katastrofach i za dużo o prawach człowieka".
Godlewskiemu nic nie wyjaśniono. - Spytałem konsula, co to za lista. "Układana w Pekinie, w MSZ", odparł. Co mogę zrobić? "Nic" - odrzekł konsul.
Adam Kozieł z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka uważa, że czarna lista uderza nie tylko w dziennikarzy. - Prawo do informacji jest fundamentalnym prawem człowieka, a więc poszkodowani jesteśmy wszyscy. W Chinach działa liczna
policja internetowa, ale wspomaga ją autocenzura. Menedżer portalu internetowego czy kafejki internetowej pilnuje ruchu w sieci, bo nie chce stracić licencji. Użytkownicy, których jest 400 milionów, pilnują się sami, większość nie zagląda na strony, które mogą się nie podobać rządowi. Patent, który okazał się skuteczny w kraju, władze chińskie próbują dziś eksportować. Nie zdziwię się, jeśli inny dziennikarz, który planuje wyjazd do Chin, trzy razy zastanowi się, zanim coś powie lub napisze - przewiduje Kozieł.
Dodaje, że reakcja na zakaz wjazdu dla polskich dziennikarzy jest "obowiązkiem polskiego państwa".
O interwencję do szefa MSZ Radosława Sikorskiego zwrócił się oficjalnie wicenaczelny "Gazety Wyborczej" Jarosław Kurski. Jak się dowiedzieliśmy, pierwsze kroki MSZ już podjęło.
Poprosiliśmy o komentarz także Zdzisława Góralczyka, sinologa, b. ambasadora RP w ChRL, dziś doradcę wicepremiera Waldemara Pawlaka ds. Azji. - To nie moja sprawa, ja jestem Polakiem i nie mam powodu, by to komentować - usłyszeliśmy.
Zaprotestował za to Międzynarodowy Instytut Prasy (IPI) w Wiedniu, który od 60 lat broni wolności prasy.
Obszerną informację zamieścił na stronie internetowej.
- Oczekujemy, że Chiny będą przestrzegać uniwersalnych wartości wolności prasy. Nalegamy, by powstrzymały się od umieszczania dziennikarzy na czarnych listach i zezwoliły im na swobodny dostęp do kraju, by mogli nadal informować społeczeństwo - zaapelował Anthony Mills z IPI.
Instytut nie ma wątpliwości, że Kruczkowska i Godlewski są na czarnej liście z powodu artykułów krytycznych wobec chińskich władz.