Trwający 90 minut wywiad odbył się w piątek w jednym z nowojorskich hoteli podczas podróży Dalajlamy po
USA. Jak podkreślił na wstępie jego organizator - pisarz, tybetolog i dysydent Wang Lixiong - pytania zgłosiło 1,2 tys. internautów, w tym wielu z Chin. Metodą głosowania wybrano 289 pytań, które Wang zadał tybetańskiemu przywódcy.
74-letni
Dalajlama tłumaczył Chińczykom, że sprawa jego następcy jest nieistotna, bo Tybetańczycy na wychodźstwie mają już własne, demokratyczne władze. Dlatego licząca sześć wieków dynastia dalajlamów mogłaby się na nim skończyć. - Bardziej niż ja sam kwestią mego następcy przejmują się komunistyczne władze - żartował Dalajlama.
- Czy kiedy Tybet uzyska autonomię, to Wasza Świątobliwość usunie stamtąd chińskich imigrantów? - brzmiało inne pytanie. W stolicy Tybetu Lhasie zamieszkały w ostatnich latach dziesiątki tysięcy rdzennych Chińczyków skuszonych przez władze w Pekinie dobrymi warunkami życia, obietnicami wysokich emerytur, mieszkań itp.
Dalajlama odparł, że nie wyrzuci z Tybetu chińskich imigrantów, choć martwi się, że jego naród może wkrótce stać się mniejszością we własnym kraju. Wyjaśniał, że w autonomicznym Tybecie pozostaną chińskie wojska, zaś stary, niesprawiedliwy system feudalny nigdy nie zostanie przywrócony.
Zwracał także uwagę Chińczykom, iż są okłamywani przez własne władze (choć słowa "kłamstwo" nie użył). Przypomniał brak pełnego rozliczenia z tzw. rewolucją kulturalną (1966-76) czy z masakrą na placu Tiananmen w czerwcu 1989 roku.
Ogólnie ton wywiadu był jednak optymistyczny. Dalajlama wyraził również nadzieję, iż niedługo dojdzie w Chinach do głosu "racjonalna polityka względem mniejszości narodowych", popierana przez część urzędników oraz przez inteligencję. Podkreślał wagę dialogu pomiędzy Tybetańczykami i Chińczykami. - Pokładam w was wielką nadzieję i mam do was pełne zaufanie - mówił internautom z Chin.
Dalajlama nie był w Chinach ani w Tybecie przeszło 50 lat, a chińskie władze przedstawiają go od lat jako "separatystę", winnego m.in. zamieszek w Lhasie w 2008 roku. Powrót zaproponowano mu tylko raz - w latach 80. Uczynił to Hu Yaobang, lider frakcji reformatorskiej w partii, którego śmierć zapoczątkowała pekińską wiosnę 1989 roku. W internetowym wywiadzie Dalajlama stawiał go Chińczykom za wzór.
Odpowiedzi tybetańskiego przywódcy pojawiały się na żywo w serwisie mikroblogowym Twitter na stronie Wanga Lixionga, którą obserwowało 8 tys. osób. Ale odpowiedzi Dalajlamy chińscy internauci powielali na swoich blogach.
Chińskie władze i media całkowicie przemilczały bezprecedensowy wywiad. Twitter i
Google Moderator są w Chinach zablokowane, podobnie jak wiele innych serwisów (m.in.
Facebook czy YouTube), mimo to internauci znajdują sposoby, by ominąć blokadę i z nich korzystać. Xiao Qiang, szef amerykańskiego portalu China Digital Times, szacuje liczbę użytkowników samego Twittera na 100 tys. osób. - Cenzura w Chinach tylko pomogła w rozwoju społeczności o nastawieniu wolnościowym - powiedział Xiao w rozmowie dla AP. - Dyskusje na Twitterze dotyczą wolności słowa i sposobów omijania blokady internetowej.
"Fan qiang" albo "FQ" ("przeskakiwanie muru") to jeden z popularniejszych tagów na chińskim Twitterze. Prócz Wanga Lixionga do najpopularniejszych użytkowników Twittera w Chinach należą m.in. Ai Weiwei - współprojektant Stadionu Narodowego w Pekinie i krytyk chińskich władz. W niedawnym wywiadzie dla CNN Ai Weiwei tłumaczył, iż Twittera należy zaliczyć do praw człowieka, bo pozwala on na nieskrępowany dostęp do informacji.