Olbrzymia firma GoDaddy, która rejestruje strony internetowe, nadając im adresy w sieci, wycofała się z działalności w Chinach. Jej wiceprezes Christine Jones, zeznając w środę w Kongresie
USA, nowe chińskie przepisy o cenzurze w internecie nazwała "mrożącymi krew w żyłach".
Chcąc zarejestrować stronę, chiński internauta musi od tego roku dołączyć do podania swoje zdjęcie i podać szczegółowe dane osobowe, dzięki czemu internetowa milicja może go łatwiej namierzyć. GoDaddy, która działa tam od sześciu lat, uznała, że nie chce w tym brać udziału. - Nie będziemy działać jako agent Chin - napisał w e-mailu do internautów prezes firmy Bob Parsons.
Jego firma zarejestrowała do tej pory 40 mln adresów i jest potentatem w branży. Do Chin weszła w okresie, gdy blogi rozwijały się w szarej strefie, bo nie nadążały za nimi przepisy. Blogosfera wówczas eksplodowała - dziś Chińczycy prowadzą 182 mln blogów i jest to fenomen na skalę światową.
Jednak wolność blogosfery powoli się kurczy. W czasie przesłuchania w Kongresie Jones ujawniła, że GoDaddy padł w grudniu 2009 r. ofiarą cyberataku przeprowadzonego z Chin.
Hakerzy dobrali się też do
Google'a, który nagłośnił sprawę, a w poniedziałek przeniósł swe serwery z Chin do Hongkongu. Teraz chińscy internauci są automatycznie przekierowywani na adres Google'a w tym mieście.
W Chinach decyzja koncernu wzbudziła mieszane uczucia - od podziwu za odwagę po żal, że nie ma już alternatywy dla chińskiego rywala Google'a Baidu.com, a nawet gniew na cudzoziemców, którzy obrazili kraj.
Ów gniew podsyca propaganda, która opisuje Google'a jako instrument
CIA i wroga Chin. Rząd najludniejszego kraju świata za szczyt perfidii uznał fakt, że Google próbuje obejść wielki mur przez Hongkong.
Miękkie rozstanie z Chinami, gdzie Google zostawił na razie swój dział handlowy i techniczny, wydaje się mało realne. Chińskie firmy pośpiesznie zrywają kontrakty z koncernem. Wczoraj, zgodnie z zapowiedzią, zrobiło to dwóch operatorów telefonii komórkowej.
A na Hongkong padł blady strach. - Jeśli byłeś partnerem Google'a w Chinach, musisz zrewidować plany biznesowe - mówi agencji Bloomberg News Bertram Lai z działającej w dawnej brytyjskiej kolonii firmy ubezpieczeniowej CIMB-GK Securities.
Stanowczość Google'a i GoDaddy chwalą za to amerykańscy politycy. Republikański kongresman Chris Smith uważa, że "strzał Google'a usłyszał cały świat". Jeden z założycieli Google'a Siergiej Brin apelował we wtorek do władz USA o wsparcie w tej niebywale trudnej sytuacji. Obrońcy wolności internetu powołali właśnie do życia w Kongresie dwie grupy wsparcia wolności internetu, osobną w Izbie i w Senacie.
Senackiej Globalnej Inicjatywie na rzecz Swobody Internetu przewodzą dwaj senatorzy Ted Kaufman i Sam Brownback. Ogłaszając powstanie grupy, napisali, że będą działać na rzecz wolności słowa w necie od Chin po
Iran.
Razem z przedstawicielką GoDaddy w Kongresie zeznawał też Alan Davidson z Google'a. Zgodnie ze strategią spółki nawoływał USA, by spór firmy z Chinami traktowały jako zatarg handlowy. Tłumaczył senatorom, że przepisy osłabiają tam amerykańskich operatorów, dając fory ich chińskim rywalom, i tym samym naruszają międzynarodowe zobowiązania handlowe Chin. Wchodząc do Światowej Organizacji Handlu w 2001 r.,
Chiny zobowiązały się bowiem do traktowania swoich i obcych firm na równych prawach.