http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

W Sinkiangu wciąż bardzo niespokojnie

Maria Kruczkowska
2009-07-09, ostatnia aktualizacja 2009-07-08 18:28

Władze ściągają posiłki do Urumczi, stolicy ujgurskiego regionu, bo wciąż nie opanowały sytuacji po niedzielnych zamieszkach. Nawet chiński przywódca Hu Jintao opuścił szczyt G8 i wrócił do kraju.

Ujgurzy stoją wczoraj za barykadą zbudowaną na jednej z ulic Urumczi
Fot. NIR ELIAS REUTERS
Ujgurzy stoją wczoraj za barykadą zbudowaną na jednej z ulic Urumczi
Policja czeka w gotowości na ulicy w Urumczi
Fot. Ng Han Guan AP
Policja czeka w gotowości na ulicy w Urumczi
Wojsko i policja na głównym placu Urumczi
Fot. DAVID GRAY REUTERS
Wojsko i policja na głównym placu Urumczi
SERWISY
We wtorek wieczorem rządowy samolot z Hu wylądował w Pekinie. - Nigdy nie widziałem, by chiński przywódca skracał podróż zagraniczną - podkreśla francuski sinolog Jean-Pierre Cabestan. Zgodnie z chińską tradycją Hu powinien pozostać do końca na szczycie G8 i udawać, że nic się w jego kraju ważnego nie dzieje, by nie przyznać się do słabości.

Jego powrót do kraju to precedens, który zachodni obserwatorzy oceniają pozytywnie. - Chiny widzą, że przywódcy zachodnich krajów są wśród rodaków, gdy dzieje się coś ważnego - mówi francuski politolog Jean-Luc Domenach.

A w Urumczi, stolicy autonomicznego regionu ujgurskiego, gdzie w niedzielę wybuchły antychińskie zamieszki, jest wciąż niespokojnie. Mimo posłania na ulice 20 tys. uzbrojonych w broń policjantów po mieście krążyły wczoraj watahy Chińczyków z kijami polujących na muzułmańskich Ujgurów.

W jednym z zaułków reporter BBC był świadkiem, jak tłum otoczył dwóch młodych Ujgurów, dziesiątki ludzi wyrywały im włosy i szturchały. W innym miejscu szóstka Chińczyków dopadła uciekającego Ujgura. Mężczyznę rzucono na ziemię, kopano i bito przy oklaskach tłumu. - Nasze serca są pełne gniewu - podkreśla Chińczyk mieszkający w Urumczi.

W pewnym momencie na ulice wyszło tysiąc Chińczyków. Krzyczeli, że ich własny rząd nie zapewnia im bezpieczeństwa w Sinkiangu. I skarżyli się, że władze są zbyt łagodne dla Ujgurów. - Są rozpuszczeni jak pandy. Rabują, gwałcą i zabijają, a rząd im wybacza - mówił chiński sklepikarz Li Yufang. - Gdybyśmy my, Hanowie, zrobili coś takiego, dawno by nas rozstrzelano.

Miejscowy sekretarz Komunistycznej Partii Chin zapowiedział, zapewne dla uspokojenia nastrojów, że prowodyrzy rozruchów zostaną skazani na śmierć. Władze ściągają też do Urumczi duże posiłki. Nad miastem krążą helikoptery, ulicami jeżdżą transportery opancerzone. Każdej nocy policjanci chodzą po domach Ujgurów i wyprowadzają młodych mężczyzn. Oficjalnie podano, że w aresztach siedzi już 1,4 tys. osób, wśród nich są też prowodyrzy antychińskich rozruchów.

Mer Urumczi Dżerli Isamudinow zapewnił wczoraj dziennikarzy, że w mieście przywrócono już spokój. W ostatni weekend zginęło tam co najmniej 156 osób - Hanów i Ujgurów.

Pokojowy protest Ujgurów - domagających się sprawiedliwości po zabiciu dwóch ich rodaków na południu Chin - po interwencji policji (zdaniem ujgurskiej emigracji otworzyła ona ogień do tłumu) rozlał się po całym mieście. Ujgurzy zaczęli bić przechodniów, palić autobusy i domy. W środę Hanowie wrócili do pracy, ale uzbrojeni w pałki. Inni wyjeżdżają z miasta. - Obawiamy się, że Sinkiang nie jest już bezpieczny - mówił jeden z pasażerów na zatłoczonym lotnisku w Urumczi.

Od początku władze winią za rozruchy najbogatszą Ujgurkę Rebiję Kadir, dziś na emigracji. Kieruje ona Światowym Kongresem Ujgurów, główną organizacją emigracyjną. Wczoraj Kadir odrzuciła zarzuty w "Wall Street Journal", mówiąc, że represjonując Ujgurów, Chiny same sprowadziły na siebie wybuch.

W 20-milionowym Sinkiangu, przebogatym w złoża naturalne regionie graniczącym m.in z Pakistanem, Kazachstanem i Afganistanem, napięcia na tle etnicznym narastały od lat. Napływa tam coraz więcej osadników chińskich; 8 mln muzułmańskich Ujgurów narzeka na dyskryminację religijną i ekonomiczną.

- Na krótką metę spodziewam się, że władze chińskie zaostrzą politykę w Sinkiangu - mówi "Gazecie" Yiyu Lu z londyńskiego instytutu Chatham House. - A co potem? Tybet, a teraz Sinkiang pokazują fiasko polityki twardej ręki wobec mniejszości. Ale czy rząd chiński, który nie może zignorować nastrojów w kraju, odważy się na zmiany?

Władze są w kłopocie, bo do wybuchu doszło w czasie, gdy kraj szykuje się do uroczystych obchodów 60-lecia powstania Chińskiej Republiki Ludowej. 1 października ma być świętem odrodzenia potęgi Chin pod kierownictwem partii komunistycznej oraz oficjalnie głoszonego "harmonijnego współżycia" 55 mniejszości narodowych, w rzeczywistości zdominowanych przez Hanów - etnicznych Chińczyków.







Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Chcesz iść na mecz? Idź do kina

Łatwiej chyba polecieć na Marsa niż dostać się na mecz naszej reprezentacji

Michał Boni U Agnieszki Kublik: Rząd dostał lekcję

- Proszę mi pokazać innego premiera, polskiego czy ze świata, który potrafił w tak trudnej sytuacji powiedzieć 'przepraszam' i zacząć tę trudną debatę

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W piątek z ''Gazetą'':

  • Gazeta Telewizyjna