Kilkunastu chińskich ochroniarzy miało ubezpieczać ogień olimpijski w Londynie i zapewnić płynne przekazywanie pochodni kolejnym uczestnikom sztafety. - Ochroniarze wywodzą się z chińskich służb specjalnych. Brytyjscy organizatorzy sztafety nieoficjalnie oskarżają ich o zbytnią agresję wobec protybetańskich demonstrantów - informował "Daily Telegraph".
Atmosferę podgrzała jeszcze wczorajsza wypowiedź lorda Coe. - Trzy razy próbowali mnie odepchnąć i usunąć z drogi. Są straszni. Nie mówili po angielsku. Myślę, że to jacyś bandyci - relacjonował szef Komitetu Olimpijskiego w rozmowie telefonicznej ze znajomym. W tym samym czasie z lordem Coe usiłowali skontaktować się dziennikarze. Sekretarka przypadkowo przełączyła linie i reporterzy usłyszeli to, co w prywatnej rozmowie mówił lord.
Wieczorem potwierdzono, że wypowiedź rzeczywiście padła. - Seb komentował doniesienia mediów dotyczące roli chińskich ochroniarzy w trakcie londyńskiego odcinka sztafety - poinformowała rzeczniczka dodając, że "Coe skrytykował sposób, w jaki został przez ochroniarzy potraktowany".
Później oliwy do ognia dolał jeszcze premier Australii Kevin Rudd. Polityk stwierdził, że w jego kraju chińscy ochroniarze dostaną zakaz eskortowania sztafety. - Żadne chińskie siły specjalne w ogóle nie wchodzą w grę - podkreślił Rudd w trakcie wspólnej konferencji prasowej z Gordonem Brownem.
Ogień olimpijski trafił do Londynu w niedzielę. Na 45-kilometrowej trasie sztafety zgromadzili się liczni antychińscy demonstranci.
Kilkukrotnie próbowano przejąć pochodnię. Ktoś usiłował zgasić ją gaśnicą.
W poniedziałek sztafeta przeniosła się do Paryża. Tu również pochodni towarzyszyli protestanci, pochód wielokrotnie przerywano, demonstrujący przedzierali się przez kordon policji. Wreszcie, według relacji niosącego pochodnię Davida Douillet,
''chiński ochroniarz zgasił ogień''.