"Tworzy filmy science fiction, żyje w ich świecie, fikcja miesza się mu z rzeczywistością" - szydził komentator "Dziennika Ludowego", oficjalnego organu Komunistycznej Partii Chin. "Pewien zachodni reżyser wykazał się dużą naiwnością" - dodał reżimowy dziennik "Renmin Ribao". Dłużni nie pozostają internauci. "Czy on nie wstydzi się być Amerykaninem?" - pytał jeden z nich.
Dwa lata temu Steven Spielberg zgodził się zostać doradcą artystycznym olimpiady. Zrezygnował tydzień temu rozczarowany rolą Chin w Darfurze. Reżyser liczył, że Pekin użyje swych wpływów w Sudanie, któremu sprzedaje broń i odkupuje ropę, by przywrócić pokój w Darfurze. Przez ostatnie cztery lata w toczącej się tam wojnie domowej zginęło 200 tys. ludzi, a dwa miliony uciekło ze swoich domów.
Oficjalnie z powodu gestu Spielberga chiński rząd wyraził tylko wyrazy ubolewania, ale teraz atak na reżysera przypuściła prasa. Z przyjaciela Chin budzący ciepłe uczucia król Hollywoodu stał się naiwnym marzycielem, którym manipulują ukryci wrogowie Chin.
Odejście Spielberga to duży policzek dla władz w Pekinie i uderzenie w wielką operację marketingową Chin - pekińskie igrzyska. Dlatego rząd od kilku dni próbuje przekonać Zachód, że los Darfuru go obchodzi. W środę premier Wen Jiabao zadzwonił do premiera Wielkiej Brytanii Gordona Browna i wymieniał działania podjęte przez
Chiny w tym zakątku Afryki. Zapewnił też, że jest nadzieja na pokój w Darfurze. Na dniach wyjeżdża tam po raz czwarty specjalny wysłannik Chin ds. humanitarnych Liu Guijin, który odwiedzi obozy uchodźców.
Po stronie Chińczyków stanął prezydent
USA George Bush. - To sprawa pana Spielberga - powiedział w zeszłym tygodniu w wywiadzie dla BBC. On sam nie zmienia planów i na zaproszenie gospodarzy wybiera się w sierpniu do Pekinu na otwarcie olimpiady - Igrzyska są wydarzeniem sportowym - tłumaczył Bush.
Także sponsorzy igrzysk, jak Coca-Cola czy Adidas, nie zbojkotują ich. W środę pokazali się na konferencji zorganizowanej przez organizatorów olimpiady.