Demonstracje w stolicy 42-milionowej prowincji Liaoning w północno-wschodnich Chinach trwają od trzech dni, ale dopiero wczoraj doniosły o tym media.
Tłum próbuje przedrzeć się przez kordon policji do siedziby władz prowincji i partii komunistycznej. "Domagamy się, by rząd znalazł wyjście dla ofiar Yilisheng" - głosi jeden z transparentów.
Zdesperowani ludzie to ofiary trwającego od dawna wielkiego oszustwa zorganizowanego osiem lat temu przez spółkę Yilisheng Group.
Firma obiecywała szybkie bogactwo. Jej akwizytorzy jeździli po wsiach i miastach, oferując mrówki. Jak zapewniali, szczególnego rodzaju - ekstrakt z owadów był jednym ze składników służących do produkcji afrodyzjaku. Jednocześnie spółka wyemitowała akcje. Inwestorzy płacili "depozyt" 1350 dol., licząc na stałą i wysoką dywidendę.
Oczarowani biedacy (średnia pensja w Chinach to niecałe 200 dol.) zapożyczali się albo oddawali spółce oszczędności życia. Chińskie media twierdzą, że firma zebrała 1,3 mld dol. Podobnie jak na całym świecie piramida z Shenyang przez jakiś czas płaciła, ale w październiku zaczęły się problemy. Pojawiły się plotki, że Yilisheng Group jest bliska upadłości.
W siedzibie spółki nie odpowiadają telefony, ale oszukani ludzie oskarżają o pomoc Yilisheng Group lokalny rząd. W ostatnich latach "mrówczy interes" przeszedł bowiem zwycięsko kilka kontroli.
- Tyle razy rząd fetował firmę i jej szefa, że byłem przekonany, iż jest w porządku - powiedział Reutersowi Li Dechun, jeden z oszukanych. Dodatkowo przekonała go telewizyjna kampania reklamowa z udziałem znanych aktorów - zainwestował w spółkę 200 tys. juanów (25 tys. dol.).
Protest w Shenyang nie ma charakteru politycznego, ale w Chinach, gdzie z różnych powodów dochodzi rocznie do kilkudziesięciu takich demonstracji, rząd w Pekinie obawia się wybuchu społecznego. Dlatego od pewnego czasu zakazał pisania o "mrówczym interesie" w mediach i internecie.
Źródło: Gazeta Wyborcza