Dziś wieczorem wielka gala na Tiananmen, głównym placu Pekinu. Chińscy przywódcy i 10 tys. gości z całego świata ma śledzić elektroniczny zegar olimpijski. O 20 czasu pekińskiego zostanie ogłoszone, że do igrzysk pozostał rok.
Tymczasem Pekin tonie. Od ośmiu dni co rusz padają ulewne deszcze. Studzienki się zatkały, przechodnie brodzą w wodzie po kolana. Nad miastem wisi smog, na który już narzekają zawodnicy. Ale nie tylko to martwi organizatorów.
Na Wielkim Murze pod Pekinem zawieszono wczoraj transparent z napisem "Jeden świat, jedno marzenie, wolny Tybet" ("Jeden świat, jedno marzenie" to hasło igrzysk). Zrobiło to sześciu obrońców Tybetu z Wlk. Brytanii, Kanady i
USA. Natychmiast zatrzymała ich policja. Na świecie zaczęła się kampania o ich uwolnienie.
Miało być lepiej, jest gorzejNa dobitkę Amnesty International ogłosiła wczoraj krytyczny raport o Chinach. Międzynarodowa organizacja ocenia, że w ostatnim roku doszło do pogorszenia w dziedzinie przestrzegania praw człowieka. Media są bardziej kontrolowane, nasiliły się represje wobec dziennikarzy i działaczy.
-
Chiny naruszają podstawowe prawa człowieka, psując własny obraz i obraz igrzysk - mówi przewodnicząca Amnesty Irene Kahn.
Chiny krytykuje też Human Rights Watch. W 2001 r. ta największa organizacja obrony praw człowieka poparła wybór Pekinu na organizatora igrzysk w nadziei, że Chiny się zmienią.
Jej ostatni raport zarzuca władzom chińskim utrudnianie pracy dziennikarzy zagranicznych. Pekiński Komitet Olimpijski wprowadził nowe przepisy gwarantujące im do olimpiady pełną swobodę działania. Jednak raport opisuje przypadki śledzenia dziennikarzy i próby zastraszania.
Jeden z dziennikarzy umówiony na wywiad w państwowej fabryce usłyszał, że nie ma prawa wstępu, bo zakład jest objęty "tajemnicą państwową". Inny został wezwany do
MSZ, gdzie odradzono mu "wrażliwy" temat. Kolejnych "nieznani sprawcy" brutalnie odpychali na oczach policji od miejsca, gdzie petenci składają skargi.
W internecie i na ulicachMnożą się kampanie w obronie praw człowieka w Chinach. Dziś by zorganizować akcję, wystarczy kamera internetowa i dostęp do sieci.
Do Pekinu przyjeżdżają kolejni krytycy Chin. Jedną z nich jest Lhadon Tethong, która stoi na czele organizacji Studenci na rzecz Wolnego Tybetu. Młoda Kanadyjka pochodzenia tybetańskiego przyjechała do Pekinu z kamerą. Kręci, co widzi, i pisze o tym na blogu.
Prosto z Tiananmen zadzwoniła do Międzynarodowego komitetu Olimpijskiego, prosząc o rozmowę z jego szefem Jacques'em Rogge w sprawie Tybetu. Liczy na uwagę, bo w Pekinie jest już 700 stałych korespondentów zagranicznych oraz 2100 reporterów.
W stolicy Chin są też Reporterzy bez Granic, organizacja broniąca wolności słowa. W poniedziałek zorganizowali demonstrację przed budynkiem Pekińskiego Komitetu Olimpijskiego. Rozwinęli koła olimpijskie w kształcie kajdan, by przypomnieć o uwięzionych dziennikarzach i internautach. Gdy spróbowali zwołać konferencję prasową, policja zatrzymała dziennikarzy, którzy na nią przyszli, i przepytywała ich przez dwie godziny.
Pekin zbiera informacjePekińscy organizatorzy protestują. Argumentują, że Chiny wprowadziły "zielone światło" dla zachodnich reporterów - pozwalają im jeździć, gdzie chcą, i robić wywiady z każdym, kto się na to zgodzi. - Czy nie warto tego docenić? - pyta z rozżaleniem Pekiński Komitet Olimpijski.
Z Pekinu dochodzą sygnały, że organizatorzy boją się, by nie doszło do kolejnych demonstracji. Pojedynczy transparent na widowni zniosą, gorzej, jeśli sportowiec na podium wzniesie nieodpowiedni okrzyk. Jeszcze gorzej, jeśli zachodnie protesty zachęcą samych Chińczyków.
Jak chcą zneutralizować zagrożenie? Rąbka tajemnicy uchylił Reuters, który rozmawiał z jednym z zachodnich doradców Pekińskiego Komitetu Olimpijskiego. Dowiedział się od niego m.in., że władze chińskie sporządzają listę zagranicznych organizacji pozarządowych.
Władze chińskie reagują nerwowo, bo mają dużo do ukrycia. Za rok do Chin wpuszczą pół miliona cudzoziemców i 30 tys. dziennikarzy. Takim "inspekcjom" jeszcze się nigdy nie poddały.
- Ich największe zmartwienie to utrzymać kontrolę - mówi amerykański specjalista od zarządzania w sytuacjach kryzysowych Arnod Howitt, który szkoli pekińskich urzędników na Uniwersytecie Harvarda.
Zdaniem wielu komentatorów wizerunkowi Chin mniej szkodzi sprawa Tybetu niż afery związane z bublami "made in China" i bezradność w sprawie zanieczyszczenia środowiska. Smog nad Pekinem może bardziej popsuć wizerunek Chin niż transparent, który mało kto obejrzy.