- Jeśli można nie odbierać życia, należy go nie odbierać - czytamy we wspólnym komunikacie sądu najwyższego oraz ministerstw sprawiedliwości i bezpieczeństwa. Takiego języka władz dotąd nie słyszano.
Czy oznacza to, że
Chiny, upominane przez Zachód, ucywilizują wymiar sprawiedliwości? Komentatorzy są wstrzemięźliwi. Wskazują, że Pekin na pewno w najbliższym czasie nie zrezygnuje z kary śmierci.
- Nasz kraj nie może sobie na to pozwolić - stwierdza lakonicznie komunikat władz. To argument powtarzany przez Chińczyków od lat na międzynarodowych konferencjach prawników.
Statystyki dotyczące wykonywania kary śmierci w Chinach okryte są tajemnicą. Organizacja obrony praw człowieka Amnesty International podaje, że w 2005 r. stracono co najmniej 1770 osób. To 80 proc. liczby wyroków śmierci wykonanych wtedy na świecie.
Dwa lata temu jeden z chińskich deputowanych ujawnił, że egzekucji jest 10 tys. rocznie. Zdaniem niektórych znawców i ta liczba jest zaniżona.
W Chinach na śmierć może bowiem skazać każdy sąd, nawet najniższej instancji (obsadzony przez sędziów niezawodowych, np. emerytowanych oficerów, którzy mają za sobą krótkie przeszkolenie). Tak jest od początku lat 90. O rozszerzeniu stosowania kary śmierci zadecydował Deng Xiaoping po krwawo stłumionym proteście studentów na placu Tiananmen, by wziąć Chiny w karby.
Najwięcej wyroków zapada podczas regularnie powtarzanych kampanii walki z przestępczością pod hasłem "Uderz twardo". W czasie błyskawicznych procesów zbiorowych karze się w ten sposób przestępstwa przeciwko życiu, handel narkotykami, ale też korupcję, oszustwa podatkowe i zwykłą kradzież.
Znany jest przypadek stracenia złodzieja, który ukradł towary o wartości 450 dol. A podstawą wyroku jest przyznanie się oskarżonego do winy wymuszane torturami. Ich powszechne stosowanie potwierdził w ubiegłym roku raport pierwszego sprawozdawcy ONZ ds. tortur, którego wpuszczono do Chin. Manfredowi Novakowi zezwolono na wizyty w więzieniach, gdzie mógł rozmawiać bez świadków w celach. Tortury w Chinach są wprawdzie oficjalnie zakazane, ale przy milczącej akceptacji władz zakaz ten pozostaje na papierze.
Wczorajszy komunikat władz mówi jasno, że zeznania pod przymusem nie mogą być podstawą wyroku. Przypomina też prawdy, które w uszach zachodniego sędziego zabrzmiałyby jak oczywistość: oskarżeni mają prawo do obrony, a obowiązkiem władz jest im je zapewnić.
Zdaniem komentatorów, partia chce poprawić wizerunek Chin przed igrzyskami w Pekinie w 2008 r. Czyni tak od pewnego czasu. Do niedawna o karze śmierci nie wolno było w Chinach nawet dyskutować. Teraz zaczęła się debata, w której wypowiadają się także przeciwnicy wyroków śmierci, znani profesorowie prawa i adwokaci.
Media opisują też wyroki wykonane na niewinnych osobach. W 2005 r. w środkowych Chinach odnalazła się po 16 latach kobieta uznana za zmarłą. Jej rzekomy morderca, który przyznał się do winy, już dawno nie żyje.
Na początku roku w celach śmierci, gdzie siedzą tysiące skazańców, pojawiła się nadzieja. Władze odebrały sądom niższej instancji prawo rozpatrywania apelacji od wyroków śmierci. Teraz muszą one trafić do sądu najwyższego, gdzie sędziowie z prawdziwego zdarzenia sprawdzą decyzje prawnych nieuków z prowincji. Optymiści uważają, że tylko to zmniejszy liczbę wyroków nawet o jedną trzecią.
Ale znawca Chin Jasper Becker, autor znanych książek i długoletni korespondent zachodniej prasy w Pekinie, jest sceptyczny. - Chiński wymiar sprawiedliwości jest nieprzejrzysty i nie dowiemy się, czy doszło do poprawy - mówi "Gazecie". - Komunikat władz to propaganda na użytek zagranicy - przekonuje.