"Do olimpiady w Pekinie zostało 607 dni. Gdzie wtedy będziesz?". Poniżej para rąk rozrywa kajdany z pięciu olimpijskich kół. Taki tybetański transparent wisi w McLeod Ganj, górskiej osadzie na północy Indii.
Obok, na wąskiej ulicy uchodźcy z Tybetu sprzedają chińskie zupki, pałeczki i konserwy. Przenieśli je przez granicę, żeby mieć za co się utrzymać na obczyźnie. Z Tybetu, przyłączonego siłą do Chin ponad pół wieku temu, ucieka co roku 2,5-4 tys. osób.
Przeprawa przez Himalaje trwa całe tygodnie. Zieloną granicę najłatwiej pokonać zimą i w nocy. Wiele osób zawraca, niektórzy giną od mrozu, z wycieńczenia, od kul Chińczyków. Jedne z ostatnich ofiar to młoda mniszka i chłopak zastrzeleni 30 września przy granicy z Nepalem. Zdarzenie widziało kilkunastu himalaistów. Jeden miał kamerę i nakręcił film, na którym chińscy strażnicy strzelają w plecy bezbronnym uciekinierom.
Przyjaciele naszych okupantów - Już tylko takie tragedie przypominają o nas światu - mówi smutno Thubten Samphel, rzecznik tybetańskiego rządu na wychodźstwie. I dodaje: - Tutaj wszyscy jesteśmy uciekinierami.
W Indiach mieszka 120 tys. Tybetańczyków. Emigracyjny rząd w McLeod Ganj, opodal miasta Dharamśala, od lat zabiega u wielkich tego świata o poparcie. Z mizernym skutkiem.
- Żaden kraj nie poświęci dla nas swoich interesów. A dziś interesy z Chinami chcą robić wszyscy - tłumaczy Samphel. - Dlatego dalajlama, który stoi na czele władz, od końca lat 80. nie zabiega już o niepodległość, tylko o rzeczywistą autonomię w granicach historycznego Tybetu. Tę strategię nazywamy "drogą środka".
Niestety,
Chiny podzieliły ziemie zamieszkane przez Tybetańczyków między kilka prowincji oraz tzw. Tybetański Region Autonomiczny, w którym mieszka zaledwie połowa 6-mln narodu. O scaleniu tych kawałków Pekin nie chce słyszeć, dlatego negocjacje, po dwóch dekadach wznowione w 2002 r., utknęły w martwym punkcie.
- Chiny nie mają żadnego powodu do ustępstw - podsumowuje Samphel. - Same nie przejawiają woli zmian.
- Może wywarcie presji przed olimpiadą pomogłoby Tybetowi? - dociekam. - Czy Zachód powinien zbojkotować olimpiadę w Pekinie?
- Przyniosłoby to jakiś efekt, ale tylko wtedy, gdy bojkot ogłosiłoby wiele państw - uważa Samphel. - Bojkot olimpiady w Moskwie w 1980 r. wywołał przecież pewien skutek, a Związek Radziecki rozpadł się dekadę później. Ale to mało prawdopodobne, więc
Dalajlama namawia polityków, by budowali dobre stosunki z Chinami i w ten sposób próbowali na nie wpływać - dodaje rzecznik.
Skończymy jak Indianie- Milion ludzi pod chińską okupacją zginęło za niepodległość, a nie za autonomię! - denerwuje się Lhasang Tsering, najbardziej znany krytyk polityki dalajlamy w McLeod Ganj. - Dalajlama mówi "miłujcie Chińczyków ", a przecież oni wciąż zabijają naszych!
Tsering uważa, że "droga środka" prowadzi donikąd. Jako 19-latek wstąpił do partyzantki, która nękała Chińczyków z terenu Nepalu. Miał pecha, bo w 1972 r. prezydent
USA Richard Nixon dzięki pingpongowej dyplomacji spotkał się z Mao Zedongiem. Niedługo później finansowana przez
CIA partyzantka przestała istnieć w imię chińsko-amerykańskiego porozumienia.
- Musimy walczyć o niepodległość, inaczej skończymy jak amerykańscy Indianie albo australijscy Aborygeni. Od kiedy w lipcu otworzyli linię kolejową, zalewają nas pociągi pełne Chińczyków. Staniemy się atrakcją turystyczną we własnej ojczyźnie - ostrzega Tsering.
Wie on, że w otwartej walce jego zwolennicy są skazani na przegraną. Tybet jest pełen chińskich wojsk, które m.in. pilnują umieszczonych tam wyrzutni rakiet balistycznych. - Coś jednak możemy zrobić. Chińska gospodarka zależy od infrastruktury. Musimy uderzyć, prowadząc walkę dywersyjną, odcinając w chińskich miastach telefony, światłowody, prąd i wodę. Będziemy jak chmara komarów kąsająca bezradnego osiłka - przekonuje Tsering.
Rzucam: - Wyłapią was, przecież to państwo policyjne!
- Mylisz się - opowiada Lhasang. - Sam przedostałem się do Tybetu kilka lat temu. Oni już nie panują nad krajem jak kiedyś.
Jedź na olimpiadęKalsang Phuntsok, szef Kongresu Młodzieży Tybetańskiej, kiedy relacjonuję mu słowa Tseringa, mówi: - Skoro ktoś się tak pali do walki, to czemu nic nie robi?
Kalsang uważa, że on i jego organizacja robią wszystko co w ich mocy. To oni demonstrowali w New Delhi i Bombaju podczas niedawnej wizyty chińskiego prezydenta
Hu Jintao w Indiach. Miejscowe władze zamknęły wielu z nich w areszcie, bo Indie chcą mieć pokój z Chinami.
Kalsang Phuntsok wierzy, że dla "drogi środka" nie ma alternatywy, a dalajlama robi wszystko co w jego mocy. - Gdyby chciał, mógłby mieć wszystko - mówi. Jak inni Tybetańczycy Kalsang wierzy, że dalajlama jest tulku, czyli świętym bytem, który odradza się, by pomagać innym.
Kongres Młodzieży Tybetańskiej jest organizacją pozarządową, więc otwarcie występuje z hasłami niepodległego Tybetu. Pielęgnuje kulturę tybetańską, organizuje demonstracje i głodówki, zwalcza też narkomanię, której łatwo ulegają uchodźcy w Indiach.
Phuntsok również nie wierzy, że zagraniczni politycy mogą pomóc Tybetowi. Jego zdaniem w Chinach rozprzestrzenia się już jednak ferment, który może doprowadzić do zmian. Oni i jego ludzie są gotowi czekać na uśmiech historii: - Wszystkie zniewolone narody tak właśnie walczyły o niepodległość. Okupant musi kiedyś osłabnąć.
Szef Kongresu nie wierzy, że międzynarodowy bojkot igrzysk za dwa lata jest możliwy. Mówi, że Chiny do perfekcji opanowały grę z zagranicznymi mediami i rządami. Z każdym rokiem Pekin ma na świecie coraz więcej do powiedzenia.
- Ja nie mogę pojechać na olimpiadę, ale ty możesz - przekonuje Kalsang Phuntsok. - Leć za dwa lata do Pekinu, idź na stadion i stań na trybunie z naszą narodową flagą albo transparentem. Zorganizuj konferencję polskich medalistów olimpijskich popierających naszą wolność. Tak możesz nam pomóc.