Sprawa ta stawia pod znakiem zapytania dotychczasowa politykę chińską w Afryce.
Chiny gotowe są ubijać interesy z każdym i nie mieszać się do polityki afrykańskiej, nawet gdy jest krwawa. Teraz jednak w grę wchodzi bezpieczeństwo chińskich obywateli, którego nawet tak zaprzyjaźniony reżim jak sudański Omara al-Baszira nie potrafił zapewnić.
29
robotników chińskich, którzy budowali drogę w spornej prowincji Południowy Kordofan, znajduje się od soboty w rękach miejscowych rebeliantów. Zaatakowali oni chińskie obozowisko, z którego zbiegło 18 innych pracowników firmy - podała tego dnia agencja Xinhua.
Od soboty Chiny próbują użyć swoich wpływów w Sudanie, ale jak dotąd bez skutku. Nie potwierdziła się podana przez sudańską agencje prasową SUNA wiadomość o odbiciu części zakładników przez armię rządową. Niepokój o los chińskich pracowników nie maleje.
W odróżnieniu od sytuacji sprzed dekady, gdy Chiny wchodziły dopiero do Afryki, władze chińskie są dziś pod ogromną presją wewnętrzną. Pół miliarda chińskich użytkowników internetu śledzi, czy władze robią wszystko, co mogą, by uwolnić rodaków.
Chartum z pewnością bardzo chce pomóc, bo Pekin to i główny partner handlowy i oparcie dla reżimu. W związku z ludobójstwem w Darfurze Zachód wprowadził sankcje wobec Sudanu, z którego wyjechały zachodnie koncerny naftowe. Chartum się jednak zbytnio tym nie przyjął, zaprosił chińskie. To one dziś wydobywają ropę w Sudanie, której 60 proc. kupują właśnie Chiny. Do niedawna interesy kwitły - za ropę chińskie firmy budowały Sudanowi drogi i rurociągi. Zaopatrywały też reżim w broń małego kalibru, choć akurat temu Chiny stanowczo zaprzeczają.
Jednak sytuacja w regionie się komplikuje. Rok temu od Sudanu oderwał się Sudan Południowy z największymi zasobami ropy. Teraz Chartumowi pozostała już tylko jedna roponośna prowincja, właśnie Południowy Kordofan. Jeśli ją straci, pozostanie bez głównego atutu. Chiny, które nie chciały trzymać niczyjej strony w konflikcie, znalazły się teraz między młotem a kowadłem i próbują balansować między Chartumem a Jubą.
Do Chartumu przyleciała wczoraj misja rządowa z Chin by "asystować przy akcji uwalniania zakładników". W Pekinie wiceminister spraw zagranicznych Xie Hangsheng wezwał dyplomatę sudańskiego wysokiej rangi, by mu powiedzieć bardzo bezpośrednio jak na przedstawiciela chińskiej dyplomacji, że jest "głęboko zaszokowany" całą sprawą. Tego typu bezpośredni udział w akcjach ratowania własnych obywateli w Afryce Chiny zostawiały do tej pory krajom zachodnim. I Afryka, nie tylko jej dyktatorzy, gdzie wciąż żywe są kompleksy z okresu kolonializmu, to doceniała.
Okazuje się, że w Afryce Chińczycy nie są bardziej bezpieczni od obywateli zachodnich.
Okazało się to w zeszłym roku, kiedy na początku rebelii przeciw Kaddafiemu w Libii zaatakowane zostały chińskie place budowy. 30 tys. robotników trzeba było szybko ewakuować. Chiny, które wcześniej liczyły na dobre układy z pułkownikiem, błyskawicznie zorganizowały masową operację w stylu zachodnim. Na Morze Śródziemne wypłynął ich krążownik. Pod jego ochroną wyczarterowane od Grecji i Cypru statki i samoloty wywiozły Chińczyków z Libii. Kiedy zaś reżim Kaddafiego upadł, chińskie delegacje władz i przedsiębiorców natychmiast pojechały do Bengazi.
Południowy Kordofan leży po północnej stronie granicy między Sudanem a Sudanem Południowym. Stanowi on dziś bazę dla tysięcy uzbrojonych rebeliantów, którzy podczas wojny domowej sympatyzowali z Południem i walczyli w szeregach Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu. Walki między armia sudańską a rebeliantami rozgorzały na nowo w czerwcu 2011 r. Chartum twierdzi, że rebeliantów wspiera Sudan Południowy, i że to nowe państwo, oderwane rok temu od Chartumu, szykuje się teraz do inwazji na sporną prowincję. Gdyby ją oderwał, Sudan zostałby bez ropy. Jej zasoby znajdują się teraz głównie na terytorium Sudanu Południowego, jednak rurociąg, którym płynie ropa, przebiega przez tereny znajdujące się pod kontrolą Chartumu.