Do zamieszek doszło w poniedziałek w Draggo - to część Tybetu włączona do prowincji Syczuan. Jak donosi
radio Wolna
Azja, zaczęło się od pokojowego protestu sprowokowanego przez władze, które zmuszały Tybetańczyków do udziału w obchodach chińskiego Nowego Roku. Ci nie chcieli świętować, bo byli pogrążeni w żałobie po kolejnych ofiarach samospaleń - w ciągu ostatniego roku podpaliło się 16 Tybetańczyków protestujących przeciw chińskiej okupacji ich ziem (kilka dni wcześniej przed siedzibą lokalnych władz w Draggo pojawił się plakat zapowiadający kolejne samospalenia).
Do protestu dołączyły tysiące osób. - Kiedy ludzie podeszli pod komisariat, funkcjonariusze otworzyli ogień. Niepokoje trwały cały dzień. Wyrządzono poważne szkody, niszcząc chińskie sklepy i mienie - opowiadał jeden ze świadków. Pewien demonstrant miał próbować się podpalić. 32 osoby odniosły rany, pięć - ciężkie.
Powołujący się na swoje źródła tybetański rząd na uchodźstwie mówi o sześciu ofiarach śmiertelnych "strzelania na oślep do tłumu". - W klasztorze Draggo zebrało się 6 tys. Tybetańczyków z Dału i Kardze - podają źródła emigracyjne. - Postrzelono też klasztornego lekarza, doktora Tenzina Dhargjala. W świątyni zgromadził się tłum, rośnie napięcie.
Pekin oskarżył "zagranicznych separatystów" (czyli tybetański rząd emigracyjny) o oszczerstwo mające na celu zdyskredytowanie Chin. Państwowa agencja Xinhua podała, że tłum uzbrojony w noże zaczął obrzucać kamieniami policjantów, zniszczył dwa radiowozy i dwie karetki. Według rzecznika
MSZ Hong Lei w zamieszkach zginęła jedna osoba, a rannych jest dziewięć, w tym pięciu policjantów.
Napięcie w okupowanym od ponad pół wieku Tybecie w ostatnich tygodniach poważnie wzrosło. Coraz liczniejsze są demonstracje, podczas których ludzie domagają się wolności i powrotu Dalajlamy z wygnania. Nowym zjawiskiem są samospalenia. Tybetańczycy dowiadują się o nich dzięki internetowi i znajdują się kolejni naśladowcy (najczęściej mnisi) pragnący umrzeć za ojczyznę.
- Biorąc pod uwagę cenę - bicia, więzienia, zdrowia, czasem życia - jaką Tybetańczycy płacą najczęściej za zupełnie niewinne, absolutnie pokojowe protesty samospalenie jest głośnym krzykiem "nic nie możecie mi zrobić" - uważa Adam Kozieł z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.