Metody gaszenia ewoluują. Mnicha Tabu z klasztoru Kirti, który podpalił się trzy lata temu,
policja dobiła kulami karabinowymi. Potem desperatów zaczęto bić pałkami. 15 marca 2011 r. spałowano Phuconga, młodego mnicha z tego samego klasztoru, gdy oblał się na ulicy
benzyną i podpalił, krzycząc: "Niech żyje Dalajlama!", "Dajcie wrócić Jego Świątobliwości!".
Jego śmierć zapoczątkowała niespotykaną wcześniej falę samospaleń, głównie mnichów buddyjskich. Ostatnio 14 stycznia w Ngabie spłonął 21-latek Lobsang Dziamjang, świecki zaangażowany w obronę ojczystego języka. Wołał: "Niechaj Dalajlama żyje tysiąc lat". Jedno ze źródeł twierdzi, że policja biła go pałkami z gwoździami.
Po ugaszeniu ognia zwykle następuje walka o ciało. Miejscowi Tybetańczycy odbili zwłoki Lobsanga z rąk policji, która próbowała rozproszyć tłum, bijąc na oślep stalowymi prętami i łańcuchami. Podczas protestu zginęła uderzona w oko 40-letnia
kobieta.
Tydzień wcześniej w Darlagu podpalił się znany lama Sopa Rinpocze - potem przed komisariatem zebrały się setki Tybetańczyków, żądając wydania zwłok. Kiedy im odmówiono, wybili okna i wyważyli drzwi. W końcu policjanci oddali szczątki protestującym, którzy ponieśli je w procesji ulicami miasta. W uroczystej kremacji lamy uczestniczyły tysiące pielgrzymów, wielu niosło portrety Dalajlamy.
Sopa Rinpocze rozrzucił ulotki z listem pożegnalnym: "Nie spłonę z powodu własnych spraw czy problemów, uczynię to dla 6 mln rodaków, którym odebrano wszelką wolność". Według okręgowego komitetu partii mnich odebrał sobie życie, bo "miał potajemny romans z zamężną kobietą, o czym dowiedział się jej mąż".
- Zjawisko samospaleń może być trudno powstrzymać - mówi Adam Kozieł z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Zwłaszcza, że Pekin nic nie robi by choć trochę załagodzić napiętą sytuację. - Tybetańczycy - mówi Kozieł - dowiadują się o kolejnych przypadkach samospaleń dzięki internetowi. Głosy potępienia są nieliczne, większość uważa samobójców za "pało" czyli bohaterów dokonujących najwyższego aktu poświęcenia.
Buddyzm uznaje samobójstwo za czyn moralnie błędny, przysparzający negatywnej karmy. Ale decydująca jest motywacja. Historia buddyzmu zna męczenników za słuszną sprawę; sam Budda w jednym z wcieleń pozwolił się pożreć wygłodniałej tygrysicy.
Pekin oskarżył Dalajlamę, przywódcę Tybetańczyków żyjącego od 62 lat na uchodźstwie w Indiach, o popieranie samobójstw. Ten zaprzeczył, ale też nie potępił stanowczo tych, którzy odbierają sobie życie z jego imieniem na ustach. "Tybetańczycy nie są tak głupi, by nie cenić życia. Ten ogień wzniecają tyrani, doprowadzając duchownych do desperacji" - pisze na
blogu Oser, najbardziej znana pisarka tybetańska.
Tylko najstarsi Tybetańczycy pamiętają czasy, kiedy ich ojczyzna była wolna - w 1951 roku Pekin wcielił Tybet do Chińskiej Republiki Ludowej. Mimo to tybetańska świadomość narodowa nie ginie, a jej nośnikiem jest przede wszystkim religia i powszechne uwielbienie dla wygnanego Dalajlamy. Tybetańczycy reagują alergicznie na próby wtrącania się w ich wiarę przez komunistów.
Od czasu ostatniej poważnej fali zamieszek w 2008 r. Pekin przykręcił śrubę w Tybecie. Setki duchownych trafiło do aresztu albo zaginęło bez wieści. Wyrok grozi nawet za posiadanie "reakcyjnej" melodyjki w telefonie. Mnisi nie mogą podróżować bez pozwolenia. Rząd przyznał im emerytury, ale aby je odebrać, muszą przyjść na zebranie "edukacji patriotycznej", gdzie żąda się od nich, by potępili Dalajlamę.
Frustrację napędza postępująca sinizacja Tybetu. Na płaskowyż napłynęły miliony chińskich osadników. Wędrownych pasterzy władze zmuszają do zamieszkania w osiedlach z cementu. Tybetańczycy chcący kontynuować naukę po podstawówce mogą to robić tylko w języku chińskim.
Pekin pompuje pieniądze w tybetańską gospodarkę, ale nie chce rozmawiać na temat przyznania Tybetowi rzeczywistej autonomii. A fala protestów w ostatnich dniach przetacza się też przez tybetańskie regiony prowincji Qinghai. Reakcje na niepokoje Pekin pozostawia w gestii władz lokalnych - jedne traktują je "z buta", inne próbują przeczekać.
W poniedziałek w okręgu Draggo zatrzymano Tybetańczyków podejrzewanych o rozlepianie ulotek zapowiadających, że dojdzie do kolejnych samospaleń, jeśli rząd Chin nie wysłucha tybetańskich żądań. Gdy inni Tybetańczycy zaczęli domagać się ich zwolnienia, policja otworzyła ogień, zabijając jednego z demonstrantów.
Napięcie w Tybecie będzie rosło przed marcową rocznicą wielkiego powstania w 1959 r., krwawo stłumionego przez Chińczyków. W czwartek poinformowano, że Tybet będzie zamknięty dla zagranicznych turystów od 20 lutego do 30 marca.
„Klątwa” Dalajlamy
Chiński portal rządowy „China Tibet” opublikował 6 stycznia artykuł redakcyjny o klątwie Dalajlamy. „10 grudnia 2011 r. były prezydent Republiki Czeskiej Vaclav Havel spotkał się z Dalajlamą. Ci dwaj, jak opisał to prezydent, odbyli »miłe spotkanie «. Niestety, Havel umarł zaledwie 10 dni później”.
„Tego samego dnia trzy lata wcześniej były prezydent Lech Kaczyński z Polski spotkał się z XIV Dalajlamą w
Warszawie i pogratulował mu tytułu »honorowego obywatela « polskiego miasta Wratislavia. Podczas gdy oni czuli się zadowoleni ze swojego czynu, samolot polskiego prezydenta i jego małżonki rozbił się 10 kwietnia 2010 r. w zachodniej Rosji (...). Wydaje się, iż to nie bajka, że każdy, kto zbliży się do Dalajlamy, będzie przeklęty, ta klątwa wciąż działa!”.