Świadek, który prosił o anonimowość, poskarżył się też, że przydzielony Li z urzędu obrońca odmówił przekazania rodzinie kopii wyroku. - Li Tie zamierza się odwołać. Szukamy mu nowego adwokata - dodał.
To już trzeci dysydent skazany w ciągu ostatniego miesiąca w Chinach. Typowy proces trwa kilka godzin, a cała argumentacja oparta jest na założeniu, że głoszenie "antyrządowych" poglądów, np. o potrzebie wolnych wyborów, jest tożsame z próbą obalenia systemu.
W grudniu za cztery eseje, m.in. o konieczności zmian w konstytucji, dysydent i członek Pen Clubu Chen Wei został skazany na dziewięć lat więzienia. Kilka dni później karę dziesięciu lat więzienia za krytyczne wobec władz artykuły dostał Chen Xi, weteran demonstracji na placu Tiananmen w Pekinie. W 1989 r. protest tysięcy studentów domagających się demokratyzacji został krwawo stłumiony przez władze.
- To nie koniec procesów - przewiduje Sarah Schafer z Amnesty International. Na następny czeka w więzieniu 60-letni poeta i członek Pen Clubu Zhu Yufu. Będzie sądzony w Hangzhou na południu Chin za wiersz napisany w okresie wiosny arabskiej - w poemacie "Już czas" wzywa rodaków, by skupili się na obronie swych praw. "Już czas, już czas, bracia Chińczycy. Plac jest nasz, nogi są nasze. Użyjmy ich, by udać się na plac i dokonać wyboru!" - pisze Zhu.
Nowy wyrok może być bardzo ciężki, bo Zhu jest recydywistą. Pod koniec lat 90., licząc na ocieplenie polityczne z okazji zbliżającej się wizyty prezydenta
USA Billa Clintona, założył wraz z innymi dysydentami Chińską Partię Demokratyczną. Ugrupowanie uznawało kierowniczą rolę partii komunistycznej, ale gdy jego założyciele próbowali je zarejestrować i się ujawnili, zostali aresztowani.
Zhu odsiedział wtedy siedem lat. Ponownie został zatrzymany w 2007 r. - zarzucono mu, że szarpał się z policjantem, który go aresztował. I skazano na dwa lata.
O tym, co grozi krytykom systemu, opowiadał wczoraj w Waszyngtonie 38-letni pisarz Yu Jie, który uciekł z Chin, bojąc się aresztowania. Naraził się władzom, bo w 2010 r. wydał w Hongkongu, który w ramach chińskiego państwa ma zapewnioną bardzo szeroką autonomię, książkę o premierze "Najlepszy aktor Chin: Wen Jiabao". W Chinach jest ona zakazana, choć turyści przemycają ją w bagażach.
- Byłem poddany nieludzkiemu traktowaniu. Przetrzymywanie w areszcie domowym, torturowanie, śledzenie i wywożenie za miasto stało się częścią mojej codzienności - opowiadał wczoraj Yu.
Jego przyjaciel Liu Xiaobo od 2009 r. odsiaduje wyrok 11 lat więzienia za "podżeganie do obalenia ustroju" - to kara za opublikowanie w internecie Karty 08, manifestu demokratyzacji Chin. Dzień przed ceremonią symbolicznego wręczenia Liu pokojowego Nobla w grudniu 2010 r. Yu został porwany na ulicy przez policję. Na komisariacie funkcjonariusze kazali mu rozebrać się do naga, przypalali go papierosami i lżyli jako zdrajcę narodu. Grozili też, że jego zdjęcia wrzucą do internetu.
W USA, gdzie są już żona i córka pisarza, Yu planuje opublikować biografię Liu Xiaobo i obecnego przywódcy Chin
Hu Jintao.
Paradoksem Chin jest to, że te same poglądy co aresztowani głosi ostatnio premier Wen Jiabao, który lubi prezentować się na Zachodzie jako reformator. Szef rządu szykuje się za rok do odejścia i przy różnych okazjach mówi o potrzebie zmian politycznych oraz nieuniknionym nastaniu demokracji.
Skąd więc taka fala represji wobec dysydentów? Obserwatorzy tłumaczą je nerwowością władz, które boją się powtórki w Chinach rewolucji arabskich i chcą zapewnić spokój w kraju przed jesiennym zjazdem partii komunistycznej. Rozpocznie się na nim zaplanowany od dawna proces wymiany przywódców kraju.