Samobójcą jest 42-letni mnich buddyjski Nyage Sonamdrugyu, zwany też Sopa, z przylegającej do Tybetu prowincji Qinghai. W niedzielę napił się on nafty, a następnie oblał się tym, co zostało i podpalił. Radio Wolna
Azja podaje, że ciało mnicha "zostało rozerwane na strzępy". Szczątki zabrała przybyła na miejsce chińska
policja. Samobójca nie zostawił listu. Można jednak zakładać, że jego ofiara, podobnie jak poprzednie, miała przypomnieć światu o całkiem dziś zapominanym Tybecie.
Chińskie media, które podały wczoraj wiadomość o samobójstwie "duchowego przywódcy buddyjskiego", piszą, że jego szczątki zostały zwrócone rodzinie.
Ale nie o tym, że zostało to wymuszone przez jego wyznawców, których dwa tysiące spędziło noc na czuwaniu przy pochodniach i domaganiu się wydania ciała. Z początku policja odmawiała. Zdanie zmieniła dopiero, gdy poszły szyby miejscowego komisariatu, a tłum zaczął wyłamywać drzwi.
W całej prefekturze Gołud wprowadzono zaostrzone środki bezpieczeństwa. Nie chcą tego jednak potwierdzić władze, które nie rozmawiają z agencjami prasowymi.
Fala samobójstw mnichów zaczęła się w marcu w dwóch słynnych klasztorach tybetańskich w Syczuanie. Bezpośrednią przyczyną była inicjatywa doradcy miejscowego rządu ds. tybetańskich Basang Toinzhuba. Przed nadchodzącym zjazdem partii, który będzie miał miejsce w 2012 r., proponował wzmocnić rygor w klasztorach, z którymi Chińczycy mieli już wcześniej kłopoty. To wszystko w imię harmonii i stabilności, które są oficjalnymi hasłami polityki chińskiej w Tybecie. Dla mnichów oznaczało to jeszcze więcej "szkoleń patriotycznych", w czasie których byli zmuszani do wypierania się Dalajlamy, więcej też rewizji w ich celach i kamer w klasztorze. Dwudziestoletni mnisi i mniszki zaczęli się podpalać. Ginęli z okrzykiem "Wolny Tybet" na ustach i wołając o powrót Dalajlamy.
Czarna seria trwa. W piątek w Syczuanie podpaliło się dwóch innych mnichów tybetańskich. Jeden z nich spłonął na miejscu, drugiego odratowano i przewieziono do szpitala, gdzie walczy o życie.
Tybetański rząd na wygnaniu wydał wczoraj komunikat, w którym pisze, że wszystkiemu winien jest brak swobody religijnej w Tybecie.
76-letni
Dalajlama, który od roku nie pełni już żadnych funkcji publicznych we władzach tybetańskich na wygnaniu i stara się dystansować do bieżące polityki uważa, że u źródeł zła leży "ludobójstwo kulturalne", które ma miejsce w okupowanym Tybecie.
Co innego twierdzi Pekin. Chiński ekspert ds. Tybetu, którego cytuje Xinhua tłumaczył w poniedziałek, że to Dalajlama po cichu inspiruje samobójstwa mnichów.
Argumenty jednych i drugich są dobrze znane i nie zapowiada się na przełom we wzajemnych stosunkach. Od końca lat 80. w polityce chińskiej wobec Tybetu jest tylko jedna linia - twardogłowych, przekonanych, że z czasem ich formuła: twardy reżim plus podnoszenie poziomu życia materialnego, zda egzamin. Czekają też na śmierć dziś 76-letniego Dalajlamy i liczą, że sami wybiorą jego następcę.
Sprawdzenie, jak wygląda sytuacja na miejscu jest trudne, bo dziennikarze są rzadko wpuszczani do Tybetu.