Obóz Nadzieja, bo tak nazywa się namiotowe miasteczko rodzin górników oraz dziennikarzy, które powstało nieopodal wejścia na teren kopalni San José, od kilku dni huczy od plotek. Wszyscy z radością powtarzają, że inżynierowie znaleźli ponoć sposób na szybsze wydobycie górników - nie w grudniu, lecz "już" na przełomie października i listopada.
Obecni na miejscu oficjele początkowo wiadomość tę nawet potwierdzili, lecz później tłumaczyli, że to nic pewnego i ostrzegali przed nadmiernym entuzjazmem. - Robimy wszystko, by górnicy mogli świętować ze swymi bliskimi Boże Narodzenie i Nowy Rok - po raz kolejny przypomniał prezydent
Chile Sebastián Pinera.
Faktem jest, że do kopalni dotarła już kolejna olbrzymia maszyna wiertnicza, która zacznie wiercić równolegle do innej maszyny pracującej od tygodnia. Teoretycznie druga maszyna jest szybsza. - Problem w tym - ostrzega jednak André Sougaret nadzorujący pracę ekip wiercących - że te oficjalne parametry dotyczą idealnych warunków geologicznych, których nie spotyka się w naturze. Pierwsza maszyna wierci szyb do 12 m dziennie, ale przez tydzień pracy udało się nam dotrzeć na głębokość zaledwie 42 m.
W San José trwają też przygotowania do instalacji maszyny wiertniczej wypożyczonej przez chilijski koncern naftowy ENAP, która na co dzień służy do odwiertów w morskim dnie. Nikt wcześniej nie próbował używać tego typu maszyn na lądzie. - Wybudujemy specjalny basen, w którym się ją zainstaluje, bo woda jest niezbędna do pracy maszyny. To wszystko jednak potrwa i wiercenie zacznie się najwcześniej w połowie września - wyjaśnia Sougaret.
33 górników uwięzionych 700 m pod ziemią zaczęło już w miarę normalne życie pod kontrolą psychologów na powierzchni. Istniejące szyby komunikacyjne, choć wąziutkie, pozwoliły m.in. na przesłanie im przyborów do golenia, czystych ubrań, dmuchanych materacy oraz oświetlenia, które ma symulować cykl dnia i nocy. Wszyscy regularnie wysyłają też próbki moczu do analizy, dzięki czemu lekarze stwierdzili, że wszyscy są w niezłej formie. Jedynie jeden z nich skarży się na uciążliwy ból zęba, a inny wciąż znajduje się w depresyjnej apatii. I to on odmówił rozmowy z rodziną, gdy w sobotę po raz pierwszy górnicy mogli pokazać się bliskim podczas indywidualnych wideokonferencji. Rodziny opowiadały potem, że górnicy wyglądają "całkiem dobrze" albo wręcz "normalnie".
W San José od kilku dni jest też grupa ekspertów z amerykańskiej agencji kosmicznej NASA, bo uwięzieni górnicy i astronauci przebywający długo na orbicie mają podobne problemy. Chodzi m.in. o poczucie odcięcia od świata, klaustrofobii i zależności od innych.
- Pracować trzeba zarówno z górnikami, jak i z ich rodzinami. Wszyscy bowiem teraz myślą, że gdy tylko górnicy wyjdą na powierzchnię, wszystko będzie tak jak dawniej. To będą jednak inni ludzie, bo stres pozostawi w ich psychice niezacieralne ślady - tłumaczy Albero Iturra, szef ekipy chilijskich psychologów.