Zajadły i tak spór między sąsiadami, którzy formalnie tworzą wspólne państwo związkowe, zaostrzył się w niedzielę, kiedy w Moskwie mieli się spotkać przywódcy państw Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (Armenii, Białorusi, Kazachstanu, Kirgistanu, Tadżykistanu, Rosji i Uzbekistanu). Mieli podpisać porozumienie o stworzeniu wspólnych sił szybkiego reagowania, takiego wschodniego NATO. Na spotkaniu nie pojawił się jednak Aleksander Łukaszenka.
Dyktator rozwścieczony za wprowadzone kilka dni wcześniej embarga na
import produktów mlecznych z Białorusi spotkanie zbojkotował. Nie ma co mu się dziwić - embargo to poważny cios w gospodarkę białoruską, która co roku zarabia na tym eksporcie około miliarda dolarów.
Zdaniem Mińska embargo to odwet Moskwy za to, że Białoruś odmawia uznania niepodległości Abchazji i Osetii Płd., próbuje się zbliżyć z Zachodem przez udział w unijnym Partnerstwie Wschodnim, oraz próba obrony rosyjskich monopolistów przed konkurencją.
Pod porozumieniem o stworzeniu sił reagowania nie podpisali się więc w Moskwie przywódcy Białorusi i Uzbekistanu, który już wcześniej zgłaszał zastrzeżenia do tego pomysłu. I teraz rosyjscy eksperci spierają się, czy dokument można uznać za obowiązujący. W Mińsku twierdzą zgodnie, że jest on nieważny.
Reakcja rosyjskich polityków na bojkot Łukaszenki jest bardzo nerwowa. Dziennik "Kommiersant", cytując słowa anonimowego wysokiego urzędnika administracji kremlowskiej, napisał wczoraj, że "najwyraźniej komuś znudziło się być prezydentem" Białorusi. Gazeta zapowiada też, że
Rosja obok mlecznej szykuje sąsiadowi nową wojnę - tym razem gazową.
Z pogróżkami pod adresem Łukaszenki wystąpił też między innymi nacjonalista Władimir Żyrinowski, autor słynnej niegdyś frazy "Białoruś może ocalić tylko snajper". Jego zdaniem pora zmienić Łukaszenkę, który bez wsparcia z Moskwy nie wygrałby żadnych wyborów.
W sytuację musiał się wmieszać premier
Władimir Putin, który kazał podwładnym, "mówiąc o Białorusi, zachowywać się poprawnie". I przypomniał, że dorastał na ulicach Leningradu, gdzie obowiązywała zasada: "Kto się przezywa, tak samo się nazywa".
Emocjonalna reakcja rosyjskich polityków i ekspertów na krok Łukaszenki dziwić jednak nie powinna. Za niespełna miesiąc w Moskwie spotykają się prezydenci Rosji i
USA, by rozmawiać o najważniejszych problemach dzielących ich kraje. Teraz Kreml rozwija aktywną działalność na arenie międzynarodowej, by przed decydującym starciem, jak mówią Rosjanie, "przybrać na wadze".
W poniedziałek w uralskim Jekaterynburgu rozpoczęły się od razu dwa szczyty organizacji, w których Rosjanie mają sporo do powiedzenia: Szanghajskiej Organizacji Współpracy (Rosja, Chiny, Kazachstan, Uzbekistan, Tadżykistan i Kirgistan) oraz skupiającej "wschodzące potęgi" BRIC (Brazylia, Rosja,
Indie i Chiny).
Łukaszenka utarł więc nosa Rosji w bardzo dla niej nieodpowiednim momencie. Bo kiedy Moskwa pokazuje Stanom Zjednoczonym, że ma partnerów wśród odległych potęg światowych jak Brazylia, nie potrafi dojść do ładu ze swym najbliższym sojusznikiem.