Białoruś i Wenezuela wystąpią we wspólnym froncie przeciw agresywnej polityce Stanów Zjednoczonych - zapowiedział wczoraj Adan Chavez, brat prezydenta Wenezueli, na spotkaniu z kierownictwem parlamentu białoruskiego. Szczegóły wspólnej taktyki walki z Amerykanami omówi Aleksander Łukaszenko z prezydentem Hugo Chavezem, który odwiedzi Białoruś 23 lipca.
Przed lipcowym szczytem białorusko-wenezuelskim do Mińska przyjechała z Caracas kilkunastoosobowa delegacja z Adanem Chavezem na czele, ambasadorem Wenezueli na Kubie. Jak podaje służba prasowa białoruskiego
MSZ, celem wizyty jest "ustalenie kontaktów, zbadanie możliwości i kierunków współpracy politycznej, handlowo-gospodarczej, naukowej oraz w innych dziedzinach".
Jednak gość z Wenezueli składał w Mińsku przede wszystkim deklaracje polityczne. - Najważniejszym celem Wenezueli jest połączenie wysiłków wspólnoty międzynarodowej w celu przeciwdziałania presji Stanów Zjednoczonych. Powinniśmy zjednoczyć siły, by się przeciwstawić
USA - oświadczył Adan Chavez w parlamencie.
Ta propozycja znalazła zrozumienie u Nikołaja Czerginca, przewodniczącego komisji ds. współpracy międzynarodowej i bezpieczeństwa narodowego Rady Republiki, czyli białoruskiego senatu. - Nasz kraj też jest naciskany przez USA. Powinniśmy koordynować swoje działania, - mówił Czerginiec.
Białoruski reżim od kilku lat próbuje rozwijać współpracę z krajami Ameryki Łacińskiej. Najważniejszymi partnerami są Kuba oraz Wenezuela. To właśnie ich przywódcy Fidel Castro i Chavez jako pierwsi złożyli gratulacje Łukaszence z okazji ponownego obrania go w marcu na prezydenta Białorusi.
- Dyktatorzy próbują założyć swoją międzynarodówkę - powiedział "Gazecie" Andrzej Sannikau, były wiceminister spraw zagranicznych Białorusi.
Według niego ważnym elementem łączącym te kraje jest niechęć do demokracji i antyamerykanizm. Oprócz wspólnych działań na arenie międzynarodowej Sannikau nie wyklucza też możliwości aktywnej współpracy gospodarczej między tymi krajami. - Takie kraje mogą na przykład handlować bronią bez oglądania się na przepisy międzynarodowe - uważa Sannikau.