Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Dobre samopoczucie Belgów może być skutkiem dużych utrudnień w rozchodzeniu się złych wiadomości. Granica językowa między niderlandzkojęzyczną Flandrią, gdzie mieszka 60 proc. Belgów, a frankofonami z Walonii i Brukseli stała się tak szczelna, że jedni coraz rzadziej słyszą narzekania drugich.
Kiedy frankofoński aktor Benoit Poelvoorde ogłosił w styczniu, że do czasu powołania nowego rządu nie będzie się golił, to - owszem - zrobił karierę we francuskojęzycznych gazetach, lecz nawet pracujący w Brukseli Flamandowie rzadko wiedzieli, o co mu chodzi. Gdy zaś flamandzka senator Marleen Temmerman zdecydowała się przed tygodniem wziąć przykład z komedii Arystofanesa, w której kobiety strajkiem seksualnym chciały wymóc pokój między wojującymi mężami, to frankofonki albo się o tym nie dowiedziały, albo ideę łączenia spraw łóżka z polityką uznały za nazbyt egzotyczną.
Fiasko protestów w łóżkach bądź przez niegolenie brody nie zmartwiło jednak ich pomysłodawców, choć - jak się ostatecznie okazało - nie znaleźli zbyt wielu naśladowców nawet w swych grupach językowych. Może dlatego, że sami nie ponieśli zbyt dużej ofiary - Poelvoorde nosił krótki zarost na długo przed ogłoszeniem strajku, a Temmerman przyznała wczoraj, że i tak jest skazana na wstrzemięźliwość, bo jej mąż wyjechał na dłużej do Kenii.
Belgijskie partie nie potrafią powołać nowego rządu od wyborów parlamentarnych w czerwcu 2010 r., bo kłócą się o wielkość przelewów z bogatszej Flandrii na uboższe Południe oraz o prawa frankofońskiej mniejszości, która w ostatnich dekadach osiedliła się pograniczu Flandrii w okolicach Brukseli.
Choć spór idzie zatem o ziemię i pieniądze, co w innych czasach bądź w innych częściach świata prowadzi prostą drogą do przelewu krwi, to w Belgii studenci zapowiedzieli na czwartek zaledwie - znów traktowaną pół serio - rewolucję frytkową z ulicznymi stripteasami oraz zajadaniem się frytkami i małżami, bo to wspólne specjały kuchni flandryjsko-walońskiej.
Kilkadziesiąt lat temu mogło być znacznie gorzej. "Walen Buiten!" ["Precz z Walonami!"] - krzyczeli całkiem serio flamandzcy studenci w 1968 r. na nobliwym uniwersytecie w Leuven, gdzie niegdyś nauczał Erazm z Rotterdamu. Ostry konflikt językowy sprawił, że uczelnię podzielono na dwa uniwersytety z wykładowym językiem francuskim i niderlandzkim w takim pośpiechu, że naukowcy do dziś muszą podróżować między ich bibliotekami, by doczytać drugi czy trzeci tom z serii z dawnego księgozbioru chaotycznie podzielonego w latach 60. między Flamandów oraz Walonów.
Dziś emocje są znacznie mniejsze, główna partia flamandzkich separatystów domaga się zaledwie powolnego "rozpuszczenia się" Belgii w Unii Europejskiej, a na głównego wroga belgijskiej rewolucji frytkowej wyrastają - po obu stronach granicy językowej - nie tyle przedstawiciele drugiej strony, co wspólna, dwujęzyczna klika polityków lubująca się w konfliktach oraz niezdolna do kompromisów.
- Rozpad Belgii trzeba by obwieścić w jakiejś wspólnej deklaracji, podzielić dług publiczny i pieniądze ze wspólnych podatków. Dlatego możemy być pewni przyszłości, bo politycy i tę sprawę rozwodową potrafiliby ciągnąć całymi dekadami - dowcipkują Belgowie.