http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie mamy rządu. I komu to przeszkadza?

Tomasz Bielecki, Bruksela
2011-02-16, ostatnia aktualizacja 2011-02-17 16:16

Demonstracja Belgów zdegustowanych brakiem rządu w styczniu tego roku w Brukseli. Napis na transparencie: ''Mistrz świata 17 lutego''
Demonstracja Belgów zdegustowanych brakiem rządu w styczniu tego roku w Brukseli. Napis na transparencie: ''Mistrz świata 17 lutego''
Fot. Yves Logghe AP

Belgowie wyrównają w czwartek iracki rekord świata funkcjonowania kraju bez rządu. 249 dni bez premiera oraz ministrów! Ale Belgom to jakoś nie przeszkadza

SONDAŻ
Belgia będzie najdłużej istniejącym we współczesnym świecie państwem bez rządu. Czy państwu jest w ogóle potrzebny rząd?

Tak, inaczej będzie chaos
Nie, Belgowie sobie radzą
Wystarczy grupa specjalistów zarządzających najważniejszymi sprawami
Nie wiem

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Dobre samopoczucie Belgów może być skutkiem dużych utrudnień w rozchodzeniu się złych wiadomości. Granica językowa między niderlandzkojęzyczną Flandrią, gdzie mieszka 60 proc. Belgów, a frankofonami z Walonii i Brukseli stała się tak szczelna, że jedni coraz rzadziej słyszą narzekania drugich.

Kiedy frankofoński aktor Benoit Poelvoorde ogłosił w styczniu, że do czasu powołania nowego rządu nie będzie się golił, to - owszem - zrobił karierę we francuskojęzycznych gazetach, lecz nawet pracujący w Brukseli Flamandowie rzadko wiedzieli, o co mu chodzi. Gdy zaś flamandzka senator Marleen Temmerman zdecydowała się przed tygodniem wziąć przykład z komedii Arystofanesa, w której kobiety strajkiem seksualnym chciały wymóc pokój między wojującymi mężami, to frankofonki albo się o tym nie dowiedziały, albo ideę łączenia spraw łóżka z polityką uznały za nazbyt egzotyczną.

Fiasko protestów w łóżkach bądź przez niegolenie brody nie zmartwiło jednak ich pomysłodawców, choć - jak się ostatecznie okazało - nie znaleźli zbyt wielu naśladowców nawet w swych grupach językowych. Może dlatego, że sami nie ponieśli zbyt dużej ofiary - Poelvoorde nosił krótki zarost na długo przed ogłoszeniem strajku, a Temmerman przyznała wczoraj, że i tak jest skazana na wstrzemięźliwość, bo jej mąż wyjechał na dłużej do Kenii.

Belgijskie partie nie potrafią powołać nowego rządu od wyborów parlamentarnych w czerwcu 2010 r., bo kłócą się o wielkość przelewów z bogatszej Flandrii na uboższe Południe oraz o prawa frankofońskiej mniejszości, która w ostatnich dekadach osiedliła się pograniczu Flandrii w okolicach Brukseli.

Choć spór idzie zatem o ziemię i pieniądze, co w innych czasach bądź w innych częściach świata prowadzi prostą drogą do przelewu krwi, to w Belgii studenci zapowiedzieli na czwartek zaledwie - znów traktowaną pół serio - rewolucję frytkową z ulicznymi stripteasami oraz zajadaniem się frytkami i małżami, bo to wspólne specjały kuchni flandryjsko-walońskiej.

Kilkadziesiąt lat temu mogło być znacznie gorzej. "Walen Buiten!" ["Precz z Walonami!"] - krzyczeli całkiem serio flamandzcy studenci w 1968 r. na nobliwym uniwersytecie w Leuven, gdzie niegdyś nauczał Erazm z Rotterdamu. Ostry konflikt językowy sprawił, że uczelnię podzielono na dwa uniwersytety z wykładowym językiem francuskim i niderlandzkim w takim pośpiechu, że naukowcy do dziś muszą podróżować między ich bibliotekami, by doczytać drugi czy trzeci tom z serii z dawnego księgozbioru chaotycznie podzielonego w latach 60. między Flamandów oraz Walonów.

Dziś emocje są znacznie mniejsze, główna partia flamandzkich separatystów domaga się zaledwie powolnego "rozpuszczenia się" Belgii w Unii Europejskiej, a na głównego wroga belgijskiej rewolucji frytkowej wyrastają - po obu stronach granicy językowej - nie tyle przedstawiciele drugiej strony, co wspólna, dwujęzyczna klika polityków lubująca się w konfliktach oraz niezdolna do kompromisów.

- Rozpad Belgii trzeba by obwieścić w jakiejś wspólnej deklaracji, podzielić dług publiczny i pieniądze ze wspólnych podatków. Dlatego możemy być pewni przyszłości, bo politycy i tę sprawę rozwodową potrafiliby ciągnąć całymi dekadami - dowcipkują Belgowie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 28 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':