Demonstracja, na którą przyszło blisko 35 tys. Belgów, odbyła się w 224. dzień po czerwcowych wyborach parlamentarnych, od czasu których Belgią wciąż rządzi tymczasowy gabinet Yvesa Leterme'a sprzed głosowania (ma prawo wyłącznie zarządzać sprawami bieżącymi), bo główne partie nie potrafią porozumieć się w sprawie nowej koalicji. - Myśmy zagłosowali, a oni niech wreszcie zaczną rządzić! - tłumaczyło wczoraj pięciu studentów, którzy w portalu społecznościowym
Facebook zawiązali ruch protestu przeciw politykom, który zaowocował wczorajszą demonstracją.
Głównym problemem belgijskiej polityki jest pogłębiający się podział między Flamandami z północy kraju (ok. 60 proc. Belgów) oraz frankofonami. Rozmowy koalicyjne rozbijają się o szczegóły planów silnego pogłębienia federalizacji kraju (chcą tego Flamandowie), co ograniczyłoby transfery budżetowe na uboższe francuskojęzyczne Południe. Kością niezgody jest też status frankofonów, którzy mieszkają we Flandrii i bronią w swych gminach równego statusu języka francuskiego. Bart De Wever, szef partii N-VA, która wygrała we Flandrii, kusi swych wyborców wizją stopniowego podziału Belgii, choć - jak sam tłumaczy - rozpad nie szans sfinalizować się w najbliższych kilku latach.
- Zróbmy rewolucję frytkową. Albo nawet mulową!- apelował podczas demonstracji satyryk Philippe Geluck, bo frytki i mule z Morza Północnego uchodzą za narodowe potrawy łączące frankofonów i Flamandów. Aktor Benoit Poelvoorde wzywał niedawno Belgów, by poszli za jego przykładem i zapuszczali brody, które zgolą dopiero w dniu zaprzysiężenia nowego rządu.