http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Winy Belgów

Tomasz Bielecki, Bruksela
2010-07-02, ostatnia aktualizacja 2010-07-01 18:26

Czy belgijski król Leopold II, który założył własną kolonię w Kongu, był bohaterem oraz "ojcem misji cywilizacyjnej" w Afryce? Belgowie spierają się o swą kolonialną historię w 50. rocznicę niepodległości Konga.


Fot. POOL REUTERS
SERWISY
Bruksela żyje obchodami rocznicowymi w Kinszasie, w których bierze udział król Albert II, królowa Paola oraz premier Yves Leterme. Dziennik "Le Soir" drukuje tytuł na tle z wzorem lamparciej skóry oraz donosi o entuzjazmie Kongijczyków fetujących "swego króla" oraz "Mama Paola", czyli włoską małżonkę monarchy.

Jednak Albert II postanowił być milczącym uczestnikiem obchodów, bo nie wiedział (podobnie jak rząd odpowiedzialny za zagraniczne przesłania króla), jak pogodzić w jednej mowie szacunek dla mieszkańców byłej kolonii, krytykę gigantycznej korupcji i łamania praw człowieka. Nie było też zgody, czy powinien w imieniu Belgów uderzyć się w piersi za przeszłość.

Kiedy jego poprzednik Baldwin I podczas uroczystości uznania niepodległości Konga w 1960 r. przekonywał, że "Belgia posyłała do Afryki swych najlepszych synów" z misją budowy dróg, szkół i szpitali, to pierwszy premier Konga Patrice Lumumba odpowiedział mu ostro, wspominając o niewolniczej pracy Kongijczyków. - Bycie Murzynem nazbyt często oznaczało tu dla nas wyzysk i bicie. Każdego dnia i każdej nocy. Na własnej ziemi - mówił Lumumba. Urażonego króla ledwo powstrzymano od zerwania uroczystości.

Historia Lumumby odżyła teraz w Belgii, bo nad uroczystościami rocznicowymi w Kinszasie zawisł spór o proces 12 byłych urzędników kolonialnych, którzy są podejrzewani o udział w jego brutalnym zgładzeniu w 1961 r. - Zabójcy mego ojca spokojnie żyją w Belgii. A przecież popełnili zbrodnię wojenną, która nie ulega przedawnieniu. Rozprawa rozpocznie się jesienią - ogłosił syn premiera Guy Lumumba przed tygodniem w Brukseli.

Lumumba, który jest symbolem niepodległości Konga, stał się jedną z najgłośniejszych ofiar zimnej wojny w Afryce. Kiedy bogata w złoto kongijska prowincja Katanga ogłosiła secesję w 1960 r. (pod wpływem USA i Belgii), premier Konga zwrócił się o pomoc w przywróceniu jedności kraju najpierw do ONZ, a potem - i to kosztowało go życie - do ZSRR. Choć Moskwa nie zdołała na czas przysłać broni, to za tak jasne opowiedzenie się po stronie radzieckiej strefy wpływów w Afryce Lumumba został zdymisjonowany przez prezydenta kraju.

W odpowiedzi Lumumba uznał władzę prezydenta za nielegalną, a w Ameryce - co potwierdziło śledztwo komisji Senatu USA w 1975 r. - zaniepokojona CIA zaczęła szykować plany zamachu na Lumumbę. Ostatecznie premier został obalony przez kongijskich generałów. Choć udało mu się uciec z aresztu domowego w Stanleyville, gdzie osadzili go wojskowi, to został ponownie pochwycony, przewieziony do Elizabethville (przemianowane potem ku jego czci na Lumumbashi) i tam rozstrzelany. Zdaniem wielu historyków belgijscy oficerowie byli co najmniej biernymi uczestnikami egzekucji, poćwiartowania i zniszczenia szczątków kwasem solnym.

Bruksela oficjalnie nie komentuje pozwu. Wprawdzie komisja śledcza parlamentu orzekła w 2002 r., że Belgia ponosi "moralną odpowiedzialność" za śmierć Lumumby (władze złożyły przeprosiny), to jednak odrzuciła tezę o zleceniu morderstwa bezpośrednio przez Brukselę, czyli zablokowała drogę do procesu karnego. - I teraz będą powoływać się na przedawnienie i inne kruczki prawne. Belgowie, którzy do dziś czerpią z bogactw zdobytych w Kongu, nie mają ochoty grzebać się w swej historii - mówi Christophe Marchand, jeden z adwokatów syna Lumumby.

Dowód niejednoznacznego stosunku Belgów do kolonializmu dał przed kilku dniami europoseł Louis Michel, był szef MSZ i komisarz UE ds. rozwoju do 2009 r. Ogłosił bowiem, że król Leopold II (założyciel kongijskiej kolonii w 1885 r.) był "wielkim bohaterem zrodzonym przez niewielką Belgię", bo zaniósł cywilizację do Afryki. Sęk w tym, że belgijska cywilizacja zamieniała się w Kongu w okrutną przemoc.

Prywatna armia króla Force Publique odcinała dłonie przymusowym robotnikom na plantacjach kauczuku podejrzewanym o sabotaż lub zbyt wolną pracę (uciekali rzadko, bo Force Publique trzymała ich żony jako zakładniczki). - Celem Leopolda II nie była żadna misja, lecz maksymalny zysk. W ciągu pierwszych 23 lat zarobił na Kongu równowartość dzisiejszego miliarda dolarów. Egzekucje, głód i skrajne wyczerpanie przymusowych robotników doprowadziły do śmierci co najmniej 8 mln Kongijczyków - tłumaczy Adam Hochschild, autor książki "King Leopold's Ghost".

Sytuacja zaczęła się poprawiać, gdy Leopold II oddał swą prywatną kolonię (takiego statusu nie miały włości żadnego innego króla w Europie) pod administrację rządu Belgii w 1908 r.

Choć w brukselskim Muzeum Afryki można oglądać obrazki z wystawy afrykańskiej Leopolda II w 1897 r., na którą zwieziono kilkuset Kongijczyków, wystawiając ich niemal jak egzotyczne zwierzęta i karmiąc w stajniach, to licząca 10 tys. członków Królewska Unia Zamorska nadal uznaje ze jeden ze swych głównych celów obronę dorobku kolonialnej Belgii przez zafałszowaniami. - Wielu Belgów wolałoby nie debatować o historii. Łatwiej zapomnieć - mówi Christophe Marchand, adwokat Guy Lumumby.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':