Belgowie na przemian świętują i opłakują wybór Hermana Van Rompuya na stałego przewodniczącego Rady Europejskiej, czyli tzw. prezydenta UE. Jego odejście z rządu (najpóźniej z końcem grudnia) skazuje bowiem Belgię na bardzo uciążliwe poszukiwania nowego premiera. I grozi radykalizacją sporów między francuskojęzycznymi Walonami i niderlandzkojęzycznymi Flamandami.
- Dlatego premier w obawie o los Belgii aż dwa razy odrzucał ofertę wyboru na prezydenta UE, którą składano mu podczas zakulisowych negocjacji przed ostatnim szczytem Unii. Uległ dopiero w ostatniej chwili - twierdzą belgijskie media.
Rząd Van Rompuya opiera się na koalicji pięciu walońskich i flamandzkich partii, która wykuwała się przez aż dziewięć miesięcy po ostatnich wyborach parlamentarnych w 2007 r. Kiedy na jej czele w marcu 2008 r. stanął wreszcie Flamand Yves Leterme, to król Albert II z trudem powstrzymywał go przed dymisją z racji sporów etnicznych.
Jednak Leterme i tak odszedł po zaledwie pół roku rządów, kiedy media oskarżyły go o próbę nielegalnego wpływania na sędziów w sprawie reprywatyzacji banku Fortis (zarzuty się nie potwierdziły).
Albert II z wielkim trudem namówił wtedy Van Rompuya na objęcie rządu w grudniu 2008 r. Choć ten nie palił się do tej pracy, to przez ostatni rok zdobył sobie renomę mistrza mediacji między Flamandami (56 proc. Belgów) a Walonami.
Van Rompuy, który jest flamandzkim chadekiem, prowadził delikatne rokowania w sprawie etnicznego sporu wokół dystryktu Brussels-Halle-Vilvoorde (BHV) na peryferiach Brukseli. Leży on częściowo na terenie dwujęzycznego regionu stołecznego, a częściowo we flamandzkiej Flandrii i dlatego obecnie język francuski i niderlandzki cieszą się tam równymi prawami. Jednak partie flamandzkie domagają się, aby podzielić dwujęzyczny dystrykt BHV między Brukselę a Flandrię, co - jak przekonują Walonowie - może zagrozić prawom mieszkających tam francuskojęzycznych Belgów.
Walonowie, którzy skończyliby po flandryjskiej stronie nowej granicy między regionami Belgii (Brukselą i Flandrią), mogliby stracić m.in. prawo do procesów przed francuskojęzycznymi sędziami. Dlatego losy BHV, gwarancja praw językowych tamtejszych Walonów, a także postulat zwiększenia autonomii podatkowej Flandrii (twierdzącej, że zbyt dużo łoży na uboższą Walonię) to od kilku lat kanon belgijskich kłótni politycznych, który utrudnia formowanie rządów.
- Brońmy języka francuskiego w dystrykcie BHV! - apelowali wczoraj walońscy liberałowie z koalicji rządowej, którzy kręcą nosem na przymiarki Yves'a Leterma do powtórnego premierostwa. W przeciwieństwie do Van Rompuya nie grzeszy on bowiem taktem w odniesieniu do Walonów, którym w przeszłości wytykał brak pracowitości i "defekt" utrudniający naukę języków obcych.
- Flamandów i Walonów łączy tylko król, reprezentacja piłkarska i piwo - przekonywał Leterme przed kilku laty. - Jeśli nie zdoła przekonać polityków z Walonii, że
Belgia to dla niego coś więcej, to wybór nowego premiera może znów potrwać kilka miesięcy - mówi belgijski politolog Jean Duboisson.