To był jeden z najgorszych dni, jakie mogli sobie wyobrazić giełdowi ciułacze: główny wskaźnik rynku spadł o ponad 7,4 proc., stracił 1353 punkty i zamknął się na poziomie 17,6 tys. pkt. A mogło być jeszcze gorzej - w czasie sesji Sensex dołował nawet o 11 proc.! W Indiach giełda była do poniedziałku wymarzonym sposobem na szybką fortunę - rozwijająca się błyskawicznie gospodarka pchała notowania w górę, dawała inwestorom zarobić krocie.
Inwestorzy na ulicy Dalal, przy której mieści się giełda, łapali się za głowy, bo w ciągu minuty tracili oszczędności całego życia. Płakali, rwali włosy z głowy, niektórzy patrzyli tylko z niedowierzaniem - wszystkie notowania wyświetlano na czerwono. Dotychczas przed budynkiem giełdy zwykle stał gęsty tłum: rozgadany, roześmiany i rozgorączkowany; sprzedawcy uliczni roznosili napoje i orzeszki, żebracy prosili o kilka rupii, drobni ciułacze zaciekle kłócili się o strategie inwestycyjne, a indeksy szły w górę. Wszyscy z zadowoleniem patrzyli na kilkumetrowy ekran, na którym puchły ich oszczędności.
W ten poniedziałek tłum w milczeniu obserwował, jak z parkietu wyparowują miliardy. Władze giełdy, największej w Indiach, dwukrotnie zawieszały notowania. Maklerzy nawet nie patrzyli na monitory komputerów.
Inwestycje w akcje nie są nowinką w Indiach, giełda w Bombaju to najstarszy rynek kapitałowy w Azji - powstała jeszcze w XIX wieku. Ale dopiero w ostatnich latach dynamiczny wzrost gospodarki Indii i błyskawiczny rozwój klasy średniej spowodował, że budynek przy ulicy Dalal stał się mekką ciułaczy. Tam rodziły się fortuny, które w piątek rozsypały się jak domki z kart.
W poniedziałek na parkiecie w Bombaju traciły wszystkie gwiazdy dynamicznego rynku - kurs spółki Tata, producenta najtańszego samochodu świata, spadł o ponad 7 proc. Kurs Wipro, firmy IT, też dołował.
Latem ub.r. o tych firmach chętnie opowiadał mi Kamlesh Javeri, korpulentny pięćdziesięciolatek w okularach. Z uśmiechem wyjaśniał zawiłości giełdy w Bombaju. Nie wierzył, że będą spadki: - Wipro, Infosys, Tata Consulting Services - te firmy już są duże, a one dopiero się zagnieździły na światowym rynku. Jak się rozkręcą, dopiero wszyscy zobaczą, jakie interesy mogą robić
Indie. A mamy jeszcze gigantów takich jak Tata. Świat o nich jeszcze usłyszy. Ja ci mówię, to dopiero początek.
Kamlesh nie wyglądał na inwestora: nosił zwykłą koszulę, brązowe spodnie, w ręku miał wyblakłą niebieską torbę. Tak jak większość ludzi na ulicy w Bombaju. - Gram od lat. Stawiaj na spółki IT, one się dziś opłacają najbardziej. Ja kupiłem, trzymam i drożeją. To jest przyszłość Indii - mówił mi z miną znawcy.
W poniedziałek wszystkie jego telefony komórkowe milczały.
Jeszcze do niedawna dumni Hindusi byli pewni siebie, a politycy otwarcie mówili, że Indie dołączyły do pierwszej ligi państw świata. Kamal Nath, minister gospodarki Indii, obwieszczał w ub.r., że Indie nie są już państwem rozwijającym się, ale rozwiniętym, a to Europa stoi w miejscu.
W poniedziałek minister Nath nie skomentował spadków, ale wszyscy analitycy podkreślają, że los giełdy miliardowego narodu zależy od losu kilkuset milionów konsumentów w
USA, od których zależy popyt m.in. na usługi centrów telefonicznej obsługi. Premier Manmohan Singh zapewnia, że gospodarka Indii jest w dobrej kondycji, a spadki to wynik globalnego spowolnienia.