Szef
MON Bogdan Klich zapowiedział, że uruchamianie polskiego wojskowego zespołu ds. odbudowy (PRT) ruszy wiosną i ma kosztować budżet kilkadziesiąt milionów dolarów.
PRT to bazy miasteczka, gdzie mieszkają wojskowi i cywile odpowiedzialni za projekty odbudowy i budowy afgańskiej infrastruktury: dróg, mostów, szkół, szpitali, ale też szkoleń, np. nauczycieli. W całym Afganistanie działa 25 PRT, w tym aż 12 w regionie Dowództwa Wschód, gdzie operuje polskie wojsko. Najwięcej PRT prowadzą Amerykanie, ale mają je także m.in. Turcy, Kanadyjczycy,
Niemcy oraz Litwini, Estończycy i Czesi.
Wojsko i uprawa szafranu Pracownicy międzynarodowych organizacji humanitarnych, od lat pomagający Afganistanowi, przeklinają jednak dobroczyńców w mundurach, twierdząc, że nie tylko psują im pracę, ale narażają na śmiertelne niebezpieczeństwo.
- Organizacje zajmujące się pomocą rozwojową czy humanitarną też popełniają błędy, ale przez kilkadziesiąt lat nauczyły się przynajmniej paru podstawowych zasad - mówi Anna Minkiewicz, od lat pracująca w międzynarodowych organizacjach pomocowych. Ostatnich pięć spędziła w Afganistanie.
- Po pierwsze - trzeba robić to, co jest potrzebne Afgańczykom, a nie to, co nam może się wydać spektakularne i prestiżowe. Po drugie - trzeba mieć cierpliwość i dobrze poznać środowisko, w którym przyjdzie nam działać, dowiedzieć się np., czy jakieś miejscowe waśnie nie uniemożliwią nam realizacji przedsięwzięcia. Po trzecie - aby miejscowi szanowali to, co się dla nich robi, sami muszą uczestniczyć w przedsięwzięciu. Po czwarte - aby nasza pomocowa inwestycja miała sens, należy też przeszkolić miejscowych, by umieli się posługiwać tym, co dla nich stwarzamy.
Według pracowników międzynarodowych organizacji pomocowych wojsko w Afganistanie nie spełnia żadnego z tych podstawowych warunków. - Jeśli już koniecznie muszą, to niechże żołnierze zajmują się rozminowywaniem pól czy budowaniem mostów, a niech nie pchają się do wszystkiego, czym dotąd zajmowały się wyspecjalizowane organizacje wraz z weterynarią czy uprawą szafranu - twierdzi Minkiewicz.
PRT, czyli public relations team Nawet afgańskie dzieci wiedzą, że wojskowe zespoły odbudowy kraju powoływane są nie po to, by poprawić los Afgańczyków, lecz przede wszystkich w trosce o skórę samych żołnierzy.
- Ich dowództwu bynajmniej nie chodzi o "odbudowanie gospodarki" ani o "pomoc humanitarną dla ludności cywilnej", lecz o tarczę ochronną dla samego wojska. Uważają że najlepiej kupować przychylność ludności, rozdając im prezenty - mówi Minkiewicz. - Taka pomoc kosztuje krocie i upokarza samych Afgańczyków, czyniąc z nich żebraków. Najpierw wciska im się prezenty, o które nie prosili, a potem narzeka na to, że ciągle tylko o coś proszą. A najlepszym dowodem na to, że w tej pomocy idzie nie o
Afganistan, tylko wizerunek i bezpieczeństwo własnych żołnierzy, jest fakt, że świadczona jest ona nie tam, gdzie jej najbardziej potrzeba, ale tam, gdzie stacjonują obce wojska.
Gromko głosząc zaangażowanie w odbudowę kraju, wojsko tak naprawdę nastawione jest na krótkotrwały pokaz.
Wojskowi z zespołów odbudowy spędzają w Afganistanie trzy miesiące, góra pół roku. Ledwie zdążą się więc czegoś nauczyć i zrozumieć, wracają do kraju i są zastępowani przez kompletnych nowicjuszy. Żadna skuteczna pomoc rozwojowa jest w tej sytuacji po prostu niemożliwa.
Spece z PRT (w Afganistanie przezywani "public relations team") wpadają więc na pomysł, by przypodobać się afgańskim chłopom, i budują im we wsi szkołę. Oczywiście - zgodnie z modami politycznej poprawności- szkołę dla dziewczynek. Nazajutrz nieznani sprawcy puszczają szkołę z dymem. Odtąd partyzanci zaczynają też podejrzewać mieszkańców wioski o kolaborację z obcymi wojskami.
W dodatku z doświadczeń na całym świecie wynika, że podarowane szkoła, studnia czy droga uważane są przez tubylców za własność darczyńcy. Miejscowi troszczą się zaś i uważają za swoje wyłącznie te studnie czy szkoły, w których budowę sami włożyli jakiś wysiłek.
Rozdając wszystko bezmyślnie i za darmo, wojskowi zniechęcają Afgańczyków do udziału w wymagających większego wysiłku i cierpliwości cywilnych projektach rozwojowych.
- Rozdawane po wsiach darmowe leki doprowadzają np. do bankructwa weterynarzy, którzy żyją z ich sprzedaży. Pozbawieni dochodu wyjeżdżają, a chłopi zostają z darmowymi lekarstwami, ale już bez lekarzy - tłumaczy Anna Minkiewicz. - W okolicach Heratu organizacje pozarządowe od kilku lat badają możliwość zastąpienia uprawy maków przez szafran. Nadzieje i szanse powodzenia są spore, ale wciąż trwają badania, jak rozpocząć uprawę bez nawozów sztucznych, by nie zatruć źródeł wody. Kiedy o projekcie dowiedzieli się wojskowi, zaraz - bez porozumienia z kimkolwiek - zaczęli rozdawać za darmo cebulki szafranu i worki z nawozami sztucznymi chłopom, którzy nie wiedzieli nawet, jak ich użyć.
Kopanie piłki obraża Boga Kłopotliwe, a nawet niebezpieczne są nawet tak niewinne podarki dla dzieci, jak latawce czy futbolówki. W jednej ze wschodnich prowincji Amerykanie zrzucili dzieciakom ze śmigłowców piłki przyozdobione flagami rozmaitych państw. Była wśród nich flaga Arabii Saudyjskiej z wypisanym na niej muzułmańskim wyznaniem wiary.
Zamiast wdzięczność Afgańczyków, futbolówki wywołały ich gniew. Chłopi uznali bowiem, że kusząc ich dzieci do kopania wersetów z Koranu, Amerykanie naigrywają się z ich wiary. Latawiec z wymalowanymi nań wielkimi literami ISAF (skrót nazwy wojsk zachodniej koalicji) może zaś uchodzić za niezbity i z daleka widoczny dowód kolaboracji wioski z okupantami. Afgańczycy są między młotem a kowadłem - jeśli bowiem nie przyjmą oferowanych im przez żołnierzy podarunków, będzie się ich podejrzewać, że sprzyjają talibom.
Angażując się w pomoc rozwojową, wojsko zaciera też granicę między sferami cywilną i wojskową, narażając na niebezpieczeństwo pracowników organizacji humanitarnych, którzy w oczach talibów stają się teraz takimi samymi wrogami jak żołnierze.
Tajemnicą poliszynela jest też to, że oferując pomoc rozwojową, wojskowi starają się ją świadczyć w taki sposób, by jednocześnie móc prowadzić działalność wywiadowczą wśród wieśniaków.