Mimo zakazu demonstracji dziesiątki tysięcy manifestantów wypełniło wczoraj centrum największego miasta kraju, Rangunu. Rządowa TV podaje, że jest dziewięć ofiar. Jednak na blogu BBC mieszkaniec Rangunu napisał, że widział dużo więcej ciał. I że wojsko strzelało nie tylko do manifestujących, ale i do przechodniów. Ciała są natychmiast wywożone z ulic.
Są też setki aresztowań. - Rangun przypomina teraz front w strefie wojennej - mówił dziennikarzom 30-letni mężczyzna. Większość mieszkańców siedzi w domu i próbuje złapać wiadomości przez radio BBC na falach krótkich.
Na ulicach są pojazdy opancerzone, armatki wodne i więźniarki. Gwarne zwykle bazary są puste, sklepy i uliczne jadłodajnie zamknięto. W powietrzu unosi się dym gazów łzawiących wystrzeliwanych z granatników. - Do domu albo was zastrzelimy - ostrzegało rano wojsko przez megafony.
Wojsko, do tej pory w miarę powściągliwe, otworzyło wczoraj ogień do tłumu. Wśród zabitych jest japoński fotoreporter pracujący dla AFP. Jego śmierć potwierdziła ambasada Japonii w Rangunie.
Dotychczas marsze ruszały spod buddyjskich pagód, a prowadzili je mnisi. Teraz pagody zostały otoczone zasiekami z drutu kolczastego. Wczoraj wśród manifestantów prawie już nie było mnichów, których szafranowe i ciemnoczerwone szaty nadawały od 11 dni kolorytu birmańskiej rewolcie przeciwko wojskowej dyktaturze.
Tym razem przeważali młodzi mężczyźni, którzy wznosili nacjonalistyczne okrzyki i nie kryli gniewu. To pierwszy otwarty bunt w Birmie od krwawo stłumionych przez juntę protestów demokratów z 1988 r. Zginęło wtedy 3 tys. ludzi.
- To my was karmimy - wołał do żołnierzy jeden z demonstrantów. - A wy zabijacie nas i naszych mnichów.
Bici kijami, ostrzeliwani i duszeni gazem łzawiącym demonstranci chronili się w pasażach handlowych i w domach, by znowu wrócić na ulice. Taka groźna zabawa w kotka i myszkę z uzbrojonymi po zęby żołnierzami trwała kilka godzin.
Wczoraj tłum dodatkowo rozwścieczyło zbrojne najście policji na sześć klasztorów pod Rangunem. Kilka godzin później mnich z klasztoru Ngwe Kyar Yan pokazał agencji AP świeże ślady krwi na betonowej podłodze, roztrzaskane szkło i łuski od pocisków. Policja, która weszła do klasztoru nad ranem, zabrała ze sobą 100 do 150 mnichów. Wierni, którzy otaczali bezczeszczone klasztory, płakali.
- Żołnierze rozbili bramę do klasztoru - opowiada świadek. - Rozwalali drzwi, tłukli szyby i niszczyli meble. Kiedy mnisi stawili opór, zaczęli do nich strzelać, puścili też gaz łzawiący, a potem ich ciągnęli do suk.
Reżimowe media piszą o łże-mnichach, którzy przeniknęli do klasztorów i agitowali przeciwko rządowi.
O informacje z Birmy jest coraz trudniej. Wczoraj policja przeszukała jeden z hoteli, zatrzymując dziennikarzy, którzy przyjechali do Birmy na wizie turystycznej. Więcej wiadomo dzięki internautom i blogom.
- Na ulice wyszło młode pokolenie Birmańczyków - mówi "Gazecie" Richard Ehrlich, korespondent "Washington Times" z Bangkoku. - Wiedzą więcej o świecie od rodziców. Są zdesperowani, porównując sytuację w rozpaczliwie biednej Birmie z prosperującą Tajlandią. Wierzą, że rewolta to jedyna szansa ich pokolenia na godne życie.
Protesty zaczęły się w połowie sierpnia po ogłoszeniu podwyżki cen paliwa. Stały się masowe, gdy mnisi buddyjscy poparli biedotę. W poniedziałek manifestacje rozlały się na cały kraj.
Kraje zachodnie przestrzegają juntę przed używaniem siły wobec protestujących. W środę Rada Bezpieczeństwa ONZ poświęciła Birmie specjalną sesję. Udało się namówić
Chiny, głównego sojusznika Birmy, do podpisania wspólnego komunikatu końcowego z wezwaniem o powściągliwość. Ale Pekin pozostał przeciwny sankcjom wobec junty.
Dopiero teraz słychać słabe protesty krajów, które z Birmą handlują. Zaniepokojenie wyraziły
Indie, które podpisały z Birmą już w trakcie protestów kontrakt gazowy na 150 mln dol.,
Korea Południowa, która odkryła tam ostatnio duże złoża gazu i sąsiednia Tajlandia.
Jeden z dyplomatów zdementował wczoraj informacje o osadzeniu liderki demokratycznej opozycji i laureatki pokojowego Nobla Aung San Suu Kyi w więzieniu Insein. Najsłynniejsza Birmanka podobno wciąż przebywa w swojej rezydencji, gdzie junta od lat więzi ją w areszcie domowym.