W
salonie samochodowym Mahindra and Mahindra przy Marine Drive od rana do późnej nocy jest ruch.
Trzaskają szklane drzwi, co chwilę ktoś wchodzi, ogląda katalogi, zagląda do wnętrza aut. Za oknami wystawowymi - jedna z najlepiej rozpoznawanych ulic w Bombaju, deptak Marine Drive.
W prawie czterdziestostopniowym upale kłębi się tam wielokolorowy tłum sprzedawców orzeszków, tragarzy z koszami na głowach, przechodniów.
W salonie jest przyjemnie chłodno, sprzedawcy się uśmiechają, a w oknie wystawowym stoi najnowszy krzyk mody motoryzacyjnej w Indiach.
To czarny Logan.
Na zakupy, żeby wydać - Idą świetnie, po prostu rewelacyjnie. To solidne auta, z wyższej klasy, zapewniają dużo przestrzeni wewnątrz. Mają europejską skrzynię biegów i kosztują nie tak wcale dużo. Sprzedajemy średnio cztery sztuki dziennie, zainteresowanie jest spore. A przecież pierwsze dostawy do klientów będą dopiero za miesiąc, bo Logan to nowość na rynku - mówi Alpana Handore, sprzedawczyni. Logan to wspólne przedsięwzięcie hinduskiego potentata Mahindra and Mahindra i Renault. Teraz obie firmy wspólnie budują fabrykę za 900 mln dol. na południu Indii, w pobliżu Chennai.
Logan kosztuje 750 tys. rupii - czyli około 18 tys. dol. Dla przeciętnego robotnika to suma nieosiągalna - miesięcznie zarabia do 10 tys. rupii. Ale już dla nieźle zarabiającego menedżera to poważna oferta. Szczególnie że wsparta myślą techniczną z Europy, a to nadal w Indiach symbol jakości.
Już niedługo w Indiach rusza produkcja Mini, nowe modele ma wypuścić na hinduski rynek też Suzuki, w Indiach potęga. Inwestycje się opłacają, bo 60-proc. cła skutecznie zniechęcają każdego, kto chciałby sprowadzić sobie
samochód z zagranicy.
Samochodów przybywa w tempie geometrycznym. Z powodu wiecznego korka z jednego końca 16-milionowego Bombaju nie sposób już przejechać na drugi koniec w ciągu dwóch godzin.
W 2010 r. wartość produkcji w sektorze motoryzacyjnym ma w Indiach sięgnąć 70 mld dol. A rynek i tak będzie nienasycony - bo na tysiąc Hindusów tylko siedmiu ma samochód. W 2010 ma to być 11.
Rozwój siedzi w kieszeni Ekonomiści hinduscy zapytani o sekret wzrostu Indii bez wahania wskazują najpierw na sektor usług, który ciągnie gospodarkę - a zaraz potem na konsumpcję. W 9-proc. tempie rozwoju hinduskiej gospodarki portfele konsumentów mają poważny udział.
Hindusi w ubiegłym roku wydali ponad 408 mld dol. W porównaniu do innych Azjatów, np. Chińczyków, bardzo niewiele oszczędzają. W Indiach aż 68 proc. PKB to wydatki konsumenckie (w USA 71 proc.), a tylko 22 proc. - oszczędności gospodarstw domowych. W Państwie Środka wartość konsumpcji nie przekracza tymczasem połowy PKB!
- Wszystko wskazuje na to, że to właśnie konsumenci będą w najbliższym czasie w dużym stopniu odpowiadali za to, jak będzie się rozwijała gospodarka. Co więcej, w Indiach szybko rośnie klasa średnia, która powinna w najbliższym czasie robić największe zakupy w sklepach i
salonach samochodowych. Poza tym pomaga nam demografia - mówi Vikram Bhalla, jeden z szefów Boston Consulting Group w Bombaju.
Trudno się z nim nie zgodzić - dziś co trzeci Hindus jest w wieku 20-35 lat. W sumie to ponad 325 mln osób. Ta armia potencjalnych konsumentów jest większa niż w znacznie ludniejszych Chinach. I szybko rośnie. W ciągu ostatnich dziesięciu lat ponad 350 mln Hindusów dołączyło do grupy, która ma co roku do wydania ponad 1000 euro. To już grupa, o którą mocno zabiegają globalne koncerny.
Ta armia wydaje na potęgę - tylko handel detaliczny w 2005 r. miał wartość ponad 230 mld dol. W 2010 Hindusi kupią towary za ponad 310 mld dol. Jak prognozują ekonomiści, w latach 2005-10 wartość zakupów dóbr trwałego użytku (telewizorów, pralek itd.) wzrośnie o 100 proc.!