- Jesteśmy oburzeni. Złamano prawo - mówi Paul Heffele, rzecznik austriackiego ministerstwa sprawiedliwości. Teoretycznie nie powinien się ukazać żaden wywiad z 77-letnim Fritzlem, który przez 24 lata więził w piwnicy i gwałcił swoją córkę Elisabeth, za co rok temu dostał dożywocie.
Fritzl siedzi w pilnie strzeżonym więzieniu w Stein, a jego dyrekcja wszystkie prośby dziennikarzy o widzenie z "Potworem z Amstetten" automatycznie odrzuca. W ten sposób władze chcą chronić ofiary - córkę oraz sześcioro dzieci, które z nią spłodził.
Tymczasem we Wszystkich Świętych aktualne zdjęcie Fritzla pojawiło się na czołówce największego niemieckiego tabloidu "Das Bild". "Z wizytą u Josefa Fritzla. Tak potwór-kazirodca żyje więzieniu" - brzmiał tytuł. To pierwszy wywiad z Fritzlem, który został aresztowany wiosną 2008 r.
"Potwór z Amstetten" opowiada dziennikarzowi, że w więzieniu uprawia paprykę i pomidory, że kocha żonę i czeka na wizytę trzynaściorga dzieci, z których sześcioro ma z córką. O jej uwięzieniu i - jak wyliczyła prokuratura - 3 tys. gwałtów na niej mówi niewiele. - To wynikało z miłości do Elisabeth. To wystarczające usprawiedliwienie - tłumaczy. Fritzl marzy o wolności i mówi, że spisał kilkaset stron wspomnień. Na stronie internetowej "Das Bild" czytelnicy mogą też obejrzeć krótki filmik nagrany podczas wywiadu.
Wywiad obiegł portale internetowe. Zniesmaczona prasa nad Dunajem pyta, dlaczego niemiecki tabloid oddaje swoje łamy gwałcicielowi, a władze zarządziły śledztwo, by sprawdzić, jak dziennikarz "Bilda" wszedł do więzienia.
Jak się okazało, pomógł mu obrońca Fritzla, który przedstawił go strażnikom jako swojego współpracownika. Strażnicy dali się nabrać, tym bardziej że gość z Niemiec nosi takie samo nazwisko jak znany wiedeński adwokat. W efekcie dziennikarz mógł rozmawiać z Fritzlem w części więzienia przeznaczonej na widzenia z prawnikami. Ze względu na tajemnicę adwokacką ich rozmowa nie była nadzorowana.
- Obrońca nadużył przywilejów. On i dziennikarz na pewno zostaną pociągnięci do odpowiedzialności - mówi rzecznik Heffele. Adwokat już został wezwany na dywanik do ministerstwa sprawiedliwości. Jeśli prokuratura zdecyduje się oskarżyć dziennikarza o oszustwo, będzie mu groziła grzywna lub nawet sześciomiesięczna odsiadka.
Redakcja "Bilda" wszystkiemu zaprzecza. Twierdzi, że dziennikarz nie ukrywał, kim jest i po co idzie rozmawiać z Fritzlem. Miał nawet pokazywać strażnikom swój dowód osobisty.
Źródło: Gazeta Wyborcza