http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jamy mroczniejsze od piwnic Fritzla

Zbigniew Mikołejko*
2008-05-17, ostatnia aktualizacja 2008-05-17 11:05

Szef Policji w Dolnej Austrii Franz Polzer prezentuje katakumby domu Josefa Fritzla w Zeilern koło Amstetten. To tam rozegrał się dramat jego córki Elizabeth i ich siódemki dzieci
Szef Policji w Dolnej Austrii Franz Polzer prezentuje katakumby domu Josefa Fritzla w Zeilern koło Amstetten. To tam rozegrał się dramat jego córki Elizabeth i ich siódemki dzieci
Fot. KERSTIN JOENSSON ASSOCIATED PRESS

Wraz ze sprawą Josefa Fritzla Austria stała się kozłem ofiarnym, na którego możemy spokojnie, bez poczucia grzechu, zrzucić nasze hańby domowe

Zbigniew Mikołejko, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, profesor w Warszawskiej Wyższej Szkole Humanistycznej im. Bolesława Prusa. Autor m.in. książek:
Fot. Waldemar Kompała / AG
Zbigniew Mikołejko, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii...

Czekamy na Wasze listy. listydogazety@gazeta.pl



Kiedy piszę te słowa, Josef Fritzl ma już swe hasło w Wikipedii. O "potworze z Amstetten" mówią ludzie w domowych zaciszach, na bazarach i w pracy. Krzyczą nie tylko wielkimi, rozmazanymi zdjęciami pospolite tabloidy, zawsze głodne krwi i skandalu - w poważnych pismach, takich jak choćby "Die Zeit", "Polityka" czy "The Times", pojawiły się wnikliwe analizy próbujące zgłębić mechanikę zdarzenia oraz jego przyczyny psychiczne, społeczne, kulturowe, historyczne. No i oczywiście zjawili się eksperci - gadające, rozumne głowy od przemocy w rodzinie, seksuologii, socjologii.

***

Słuchając tych wszystkich głosów, można odnieść wrażenie, że oto stało się coś absolutnie wyjątkowego. Że mamy do czynienia z arcydemonem naszych czasów. Kimś, przy kogo haniebnych zbrodniach absolutnie bledną i schodzą w cień wszystkie szataństwa naszego czasu - te indywidualne i te zbiorowe.

Oskarżenia, zresztą słuszne, sypią się i pod adresem lokalnej społeczności z Amstetten oraz całego społeczeństwa austriackiego, któremu wytyka się niejaką systematyczność w znieczulicy (przypominając między innymi sprawy "dziewczyny z piwnicy" Nataschy Kampusch, nastolatki więzionej przez swego porywacza osiem lat, oraz Marii K. z 1996 r., trzymanej w drewnianej skrzyni podobnej do trumny).

Oskarżona zostaje wreszcie, znowu nie bez słuszności, austriacka historia tajemna, austriacka dwulicowa świadomość (czy raczej podświadomość). "Austria - czytamy na przykład w "The Times" - ma szczególną predylekcję do pielęgnowania swoich sekretów, zatajania historii i zapominania o niewygodnych biografiach. (...) Jest haniebnym faktem, że 40 proc. obsady obozów koncentracyjnych i trzy czwarte ich komendantów to ludzie austriackiego pochodzenia. To głównie Austriacy organizowali deportacje Żydów, stanowili 80 proc. personelu Adolfa Eichmanna, który odpowiadał za logistykę Holocaustu. (...) Nadrzędnym pytaniem dla powojennego pokolenia Niemców było: jak wiele muszę wiedzieć o swoim ojcu, żeby poznać siebie? To dobre pytanie, rzadko stawiane w Austrii".

„Pewien mieszkaniec Dolnej Austrii - dopowiada „Die Zeit” - twierdzi, że cała ta historia go nie dziwi. Ślepe trzymanie się reguł i bezgraniczne posłuszeństwo - to jego zdaniem najgorsze cechy Austriaków. Oraz udawanie, że się nie widzi. Sąsiad mógłby przecież zrobić krzywdę. Swoiste »zdziczenie « na wsi też na pewno nie jest bardzo wyjątkowe. Dominujący w Austrii katolicyzm i struktury patriarchalne to zdaniem Petrusa van der Leta źródłowe przyczyny wydarzeń w Amstetten”.

„Według monachijskiej »Süddeutsche Zeitung « - pisze z kolei na łamach „Polityki” Adam Krzemiński - loch w Amstetten ukazuje mroczne regiony psychiki Austriaków, która ujawnia się w twórczości austriackich autorów. A także w obrazach Gottfrieda Helnweina, na których widać ludzi z widelcami wbitymi w oczy albo dziewczyny, którym cieknie po nogach krew. U Helnweina odsłaniane są lochy istniejące w głowach. Ale czymże są one w obliczu prawdziwych lochów? Nawet w swej kulturze pop Austriacy zajmują się grozą” (nr 19).

Do kompletu można by jeszcze dorzucić austriackie pochodzenie Hitlera (wraz z jego kazirodczym rodowodem), a także pomysły doktora Ottona Weiningera (1880-1903), wiedeńskiego Żyda antysemity, nawróconego na katolicyzm, który w książce "Płeć i charakter" zrównuje ze sobą, a następnie z nicością, Żydów i kobiety (dla ich chuci, próżności i braku wiedzy), chrześcijańskich zaś mężczyzn ma za geniuszy w stanie czystym z powodu ich moralności i talentów logicznych. No i wreszcie - a czemuż by nie? - austriackich celników i strażników granicznych, którzy z ksenofobicznym zapałem prześladowali naszych rodaków: drobnych handlarzy i pracujących na czarno.

Podsumowanie zatem narzuca się (dziennikowi "The Times") samo: "Niezależnie od tego, jak wyglądała prawda w domu w Amstetten, splatające się kręgi tajemnicy czynią z Austrii wyjątek, jeśli chodzi o sposób radzenia sobie z indywidualnymi tragediami lub ich ignorowania. Sieci zależności sięgają dalej i głębiej niż gdzie indziej, ponad pokoleniami i grupami zawodowymi. (...) Tak czy inaczej jego zbrodnię umożliwiło społeczeństwo, które woli raczej odwrócić głowę, niż doświadczyć zakłopotania".

***

Wszystko to zresztą zapewne prawda. Ważny jednak jest i inny kontekst owej prawdy: nieskrywane właściwie dążenie, aby sprawę zakończyć na stosownym napiętnowaniu i ukaraniu "potwora z Amstetten" (zwłaszcza na napiętnowaniu) i austriackiej winie (niewątpliwie, podkreślam, uzasadnionej) oraz odpowiedzialności zbiorowej.

W całym tym wylewie słów, jaki towarzyszy zbrodni Josefa F. i zachowaniu jego współziomków, jest bowiem coś niepokojącego. Coś, co przypomina losy Józefa K. skazanego w absurdalnym "procesie" o ciemnej, obezwładniającej logice i zaszlachtowanego później "jak zwierzę" w obskurnej bramie przez anonimowych morderców.

Nie, nie zamierzam go bronić. Podejrzewam zresztą, że obroni go kiedyś ten sam system, który teraz go oskarża - zrobi to, uciekając się do medycznych analiz i elaboratów o trudnym dzieciństwie w zarażonej nazizmem i przemocą Austrii.

Chodzi mi o coś zupełnie innego. O skryty motyw wszystkich tych oskarżeń pod adresem Josefa Fritzla oraz - jako współwinnego - austriackiego społeczeństwa. Motyw, który trzeba ujawnić, niezależnie od słuszności tych ocen i przekonania o konieczności kary. Motyw, który pozwala znakomicie przemienić jawnego oprawcę swej córki i swych dzieci-wnuków w utajoną ofiarę naszych osobistych i zbiorowych win. Win, które staramy się zmyć teraz w powszechnym, jednoimiennym wysiłku, stygmatyzując i Fritzla, i austriackie społeczeństwo.

Myślę, że to ostatnie zwłaszcza jest haniebne - tu, na tak zwanym cywilizowanym Zachodzie, który zdołał chyba dobrze zapoznać się z pojęciem zbiorowej winy i zbiorowej odpowiedzialności i rozliczyć się z nimi, jak można było w naiwności sądzić, stosownie.

Ale ważna jest i sama demonizacja Fritzla, przekształcanie jego osoby w symboliczną figurę Zła, w Antychrysta naszej, zeświecczonej skądinąd, epoki. Potrzebny nam jest bowiem jednoznaczny i oczywisty, z racji jego potwornych czynów, "kozioł ofiarny", na którego moglibyśmy spokojnie, bez poczucia grzechu, zrzucić nasze "hańby domowe". Winy społeczności i jednostek znieczulonych - bo w miarę sytych, wolnych i bezpiecznych - na dookolną przemoc. Społeczności i jednostek ślepych na widomą przemoc w rodzinie i życiu seksualnym, w życiu sąsiedzkim, w pracy i lokalnej społeczności, w historycznym dziedzictwie.

***

Widzimy przecież w końcu, także w Polsce, jak po każdym oskarżeniu - wszystko jedno, czy chodzi o molestowanie seksualne, o mobbing, o publiczne pobicie czy morderstwo, o zbrodnię w Jedwabnem, o wojenne zabawy „naszych chłopców” w Afganistanie - podnoszą się „głosy sumienia” w obronie „pokrzywdzonych”. Jak zyskują z nagła przyjaciół oprawcy Ani M., gimnazjalistki z Gdańska („To przecież jeszcze dzieci”), a ona sama zostaje napiętnowana winą za samobójczą śmierć („Aniu, Aniu! - wołał lokalny duchowny. - Coś ty zrobiła? Grzech przeciwko życiu jest większy niż grzech przeciwko czystości”). Jak w obronie duchownych oskarżonych o pedofilię stają nie tylko małe wiejskie społeczności, które zaczynają zarazem prześladować ofiary niegodnych czynów, ale także niektórzy wielkomiejscy intelektualiści, biskupi i politycy.

Wszystkie podobne sprawy - i w Polsce, i gdzie indziej - łączy jedno: zmowa milczenia. Zmowa powszechna, zestrojona z natychmiastową gotowością, by ukarać tego, kto ośmieli się wywlec tajone brudy na powierzchnię, na jasne światło dnia. I naturalnie - to nagminna praktyka - potępić i osaczyć ofiary czynów: no bo przecież - zgodnie ze znaną psychologom zasadą przezwyciężania dysonansu poznawczego - samych siebie ani jednostki, ani zbiorowości nie mogą obarczyć winą i odpowiedzialnością za milczenie, obojętność, przyzwolenie na zło.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 40 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':