Bartosz T. Wieliński: Natascha Kampusch z Wiednia spędziła w zamknięciu osiem lat. Elisabeth Fritzl ojciec więził i gwałcił przez prawie ćwierć wieku. Co się dzieje z Austriakami? Prof. Georg Hansen, socjolog z uniwersytetu w Hagen: Z obu tych tragedii nie można wyciągać wniosku, że Austriacy to naród dewiantów. To, że panie Kampusch i Fritzl są Austriaczkami, to zbieg okoliczności.
To dlaczego mieszkańcy Amstetten przez 24 lata nie zauważyli, że w rodzinie Fritzlów dzieje się coś złego? - Na pewno spostrzegli, że
Josef Fritzl zachowuje się dziwnie. Media podają, że sąsiedzi zastanawiali się, po co mu pod domem betoniarka. Inni wiedzieli o tym, że źle traktuje córkę. Wiedzieli, ale milczeli. Milczeli dlatego, że nie potrafili połączyć ze sobą faktów. Nie mieściło im się w głowie, by sąsiad mógł być potworem. Był "swój", czyli w porządku.
Zadziałał pewien mechanizm obronny: Ludzie woleli nie widzieć problemu, niż z nim się zmierzyć. Bo wina sąsiada także ich obciążyłaby. Skoro mój sąsiad czy znajomy okazał się potworem, to po części potworem jestem ja sam.
Amstetten ma 25 tys. mieszkańców. Czy w większym mieście taki dramat mógłby mieć miejsce? - Tak i nie. Mieszkańcy Amstetten tworzą homogeniczną społeczność z silnymi więzami społecznymi. To wzmacnia zjawisko niedopuszczania do siebie faktu, że bliski robi coś złego. Duże miasta często składają się z mniejszych części, np. dawnych satelickich wsi lub miasteczek. W dużej mierze są one autonomiczne, wszyscy się tam znają i teoretycznie dewiant taki jak Fritzl mógłby być bezkarny.
Pamiętajmy też, że Elisabeth zniknęła w 1984 r., kiedy nie było takiej jak dziś społecznej wrażliwości na kwestię przemocy domowej ani wykorzystywania nieletnich. A np. w sprawie pedofilii wśród księży istniała zmowa milczenia.
Czy to, że Austria nie rozliczyła się z nazizmu, ma wpływ na zachowanie społeczeństwa w takich sytuacjach? - W pewnym sensie tak. Austriaków, choć gorąco popierali nazizm, uznano za "pierwszą ofiarę Hitlera". Nie było tu takich rozliczeń z przeszłością, jakie miały miejsce w Niemczech. Mogę sobie wyobrazić, że człowiek, którego nie zmusza się do rozliczenia z jego własną przeszłością, nie zadaje sobie pewnych pytań. Uważa się, że jest czysty i jego bliscy też.
Dlaczego pracownicy opieki społecznej nie wykryli tego, co się dzieje w piwnicy? Dlaczego Fritzlowi przyznano prawo do opieki nad dziećmi jego i Elisabeth, nie sprawdzając, co się naprawdę z nią stało? Dlaczego zadowolili się opowiastką, że Elisabeth uciekła do sekty? - Nieefektywność służb socjalnych to problem nie tylko Austrii, ale i Niemiec. Dwa lata temu w Bremie ojczym narkoman skatował na śmierć dwuletniego pasierba, a ciało schował do lodówki. Pracownicy urzędu ds. młodzieży, którzy powinni od razu wykryć, że ojczym znęca się nad dzieckiem, niczego nie zauważyli, aż było za późno. W Schwerinie mieliśmy przypadek zagłodzonej dziewczynki. Urzędników jest tak mało i są tak obciążeni pracą, że nie potrafią wykryć wszystkich patologii, a nawet gdy mają jakieś podejrzenia, to nie są w stanie na czas reagować. Nie ma pieniędzy na nowe etaty i nadgodziny. Konsekwencje są straszne.
Fritzl w najgorszym dla siebie przypadku pójdzie do więzienia na 20 lat. Czy to nie za mała kara? - A jaka kara w przypadku takiej potworności byłaby odpowiednia? Czy przywróci Elisabeth stracone 24 lata, wynagrodzi cierpienia? W takiej sytuacji trzeba trzymać się litery prawa.
Austriaccy politycy mówią o tym, że sprawa „potwora z Amstetten” może zniszczyć wizerunek kraju. Kanclerz Alfred Gusnebauer zamierza rozkręcić kampanię, która ma przywrócić Austrii dobre imię. Czy te obawy są uzasadnione? - Na krótką metę na pewno. Po sprawie belgijskiego pedofila Marca Dutroux krążyły u nas obrzydliwe anegdoty, że Belgowie to naród pedofilów. Ale po jakimś czasie dowcipy się skończyły. Ze sprawą "potwora z Amstetten" będzie podobnie - to na razie wielkie widowisko medialne. Gdy zaczną się w Austrii mistrzostwa Europy w piłce nożnej, sprawa ostygnie, a ludzie skoncentrują się na czymś innym.
Nie dziwię się jednak, że politycy tak bardzo angażują się w tę sprawę. Kraj jest w szoku i oczekuje od polityków działań.
Co zrobić, by sprawy Kampusch czy Fritzl więcej się nie powtórzyły? - Wzmacniać system opieki społecznej, odpowiednio szkolić pracowników socjalnych i pedagogów. Oni muszą być w stanie rozpoznać pierwsze oznaki tego, że dziecko jest bite lub molestowane. Muszą wiedzieć, jak reagować w takiej sytuacji, i mieć środki, by to robić.