W sobotę napastnicy w samochodzie wrzucili granat z gazem do jednej ze szkół. - Byłem w klasie, gdy nagle ktoś z przejeżdżającego samochodu wrzucił coś przez okno - opowiadał afgańskiej telewizji Tolo jeden z nauczycieli. W klasach i na korytarzach natychmiast rozniósł się dziwny zapach, a uczennice i nauczyciele zaczęli odczuwać
ból głowy i nudności.
Co najmniej 20 dziewcząt i jeden nauczyciel stracili przytomność i zostali odwiezieni do szpitala.
W środę w wyniku podobnego zatrucia do szpitala trafiło 46 uczennic ze szkoły Totia.
Od kilku lat w Afganistanie - zarówno w południowych i wschodnich prowincjach, gdzie talibowie są najsilniejsi, jak i na spokojnych północy i zachodzie kraju kontrolowanych przez zachodniej wojska - dochodzi do podobnych wypadków w szkołach. Scenariusz jest taki sam. W szkołach dla dziewcząt nagle pojawia się tajemniczy gaz, uczennice zaczynają narzekać na ból i zawroty głowy, tracą przytomność.
Zwykle podejrzenia padają na talibów, którzy koedukacyjne szkoły uważają za grzeszne. Talibowie nie sprzeciwiają się jednak nauce dziewcząt i kobiet. Gdy rządzili w Afganistanie w latach 1996-2001, restrykcyjnie przestrzegali segregacji płci we wszystkich dziedzinach życia, ale nie mając pieniędzy na budowę szkół dla dziewcząt, zabronili im chodzić do klas razem z chłopcami.
Śledztwa w sprawie powtarzających się zbiorowych zatruć w szkołach dla dziewcząt nie dowiodły winy talibów, a oni sami zaprzeczają, jakoby atakowali uczennice. Nawet badania krwi zatrutych uczennic nie dają jednoznacznych wyników, co skłania wielu Afgańczyków do zdania, że rzekome ataki talibów są w istocie atakami zbiorowej histerii.
(Siedmiu żołnierzy
USA zginęło w czasie weekendu w atakach talibów na wschodzie i południu Afganistanu, głównej arenie wojny. We względnie bezpiecznej prowincji Herat na zachodzie kraju talibowie zabili też dwoje kandydatów w zapowiedzianych na 18 września wyborów parlamentarnych.