Ostatnie tygodnie, jak dowiedziała się "Gazeta", to cała seria operacji w wykonaniu żołnierzy GROM i 1. Pułku Specjalnego Komandosów z Lublińca. W ciągu kilku ostatnich dni ci drudzy razem z afgańskimi żołnierzami dokonali rajdu na górzysty rejon dystryktu Dżaghatu położonego na północ od głównej polskiej bazy Ghazni.
W ten rejon polscy żołnierze do tej pory prawie się nie zapuszczali. Komandosi operację przeprowadzili po informacjach otrzymanych od Służby Kontrwywiadu Wojskowego. W górskich rozpadlinach i jaskiniach znaleźli bardzo duże ilości broni, m.in. kilkadziesiąt pocisków dużego kalibru. Talibowie przygotowali tam regularne stanowiska do ostrzeliwania przejeżdżających przełęczami patroli wojskowych i cywilnych konwojów.
W miniony weekend w talibów uderzyli żołnierze GROM. W dystrykcie Andar, w którym rebelianci są w tej chwili najaktywniejsi, przeprowadzili operację, której celem było zatrzymanie dwóch talibów podejrzewanych o zabicie afgańskich policjantów i żołnierzy. Zrzuceni ze śmigłowców komandosi zostali zaatakowani, na pomoc wezwali amerykańskie śmigłowce. W krótkiej walce Polacy zabili czterech i ciężko ranili jednego rebelianta. Dwóch, po których wyprawili się na akcję, aresztowali i przekazali afgańskiej armii.
Kilka dni wcześniej GROM, także w dystrykcie Andar, prowadził operację, której celem było odbicie dwóch porwanych przez talibów Afgańczyków, którzy współpracowali z siłami zachodniej koalicji. Przeszukując kilka miejscowości wskazanych przez SKW, zabili kilku talibów, w tym jednego, o którym wiadomo, że był konstruktorem min i szkolił talibów w przygotowywaniu ładunków-pułapek. Ta operacja nie zakończyła się jednak pełnym sukcesem - porwanych Afgańczyków nie odnaleziono, bo talibom udało się ich wywieźć w inne miejsce.
Za każdym razem operacje kilkunastoosobowych oddziałów komandosów poprzedzone są informacjami z SKW, wielokrotnie weryfikowanymi, bo talibowie już kilka razy próbowali zorganizować zasadzkę na komandosów. Nasi żołnierze z wojsk specjalnych nie ponieśli dotychczas żadnych strat, ani jeden żołnierz nie został nawet ranny.
Dowództwo Wojsk Specjalnych nie chce potwierdzić tych informacji, bo "nie udziela się informacji na temat operacji specjalnych". - Najwięcej strat siły międzynarodowe ponoszą w wyniku wybuchów min-pułapek pod pojazdami - podkreśla rzecznik DWS mjr Jacek Popławski. A żołnierze wojsk specjalnych nie poruszają się pojazdami. Na operacje są transportowani śmigłowcami i w taki sam sposób z nich szybko wracają.
Ilu w Afganistanie jest polskich komandosów, to oczywiście tajemnica. Wiemy jednak, że obecnie służy tam ok. stu żołnierzy GROM i 1. Pułku Specjalnego podległych bezpośrednio dowództwu operacji specjalnych NATO w Afganistanie. Ich akcje są jednak koordynowane z dowództwem polskiego kontyngentu, bo komandosi działają na terenie tej samej prowincji Ghazni, za której bezpieczeństwo odpowiadają od 2008 r. Polacy (w sumie jest tam 2,6 tys. naszych żołnierzy).
- Żołnierze sił specjalnych idealnie nadają się do operacji, które mają przestraszyć talibów, bo atakują ich w dzień i w nocy, i to nie w otwartej walce, ale z zaskoczenia - mówi nasz informator z dowództwa polskiej armii. - Zadają też talibom poważne straty w ludziach i uzbrojeniu, a to oznacza, że pozostali polscy żołnierze są w Afganistanie bezpieczniejsi. Mogą skupić się na patrolach, szkoleniu afgańskiej armii czy zabezpieczaniu operacji Afgańczyków.
Nasz rozmówca podkreśla, że ta taktyka to m.in. zasługa dowódcy naszego kontyngentu gen. Andrzeja Przekwasa, specjalisty od rozpoznania. Jest ona efektem doświadczeń nie tylko z Afganistanu, ale i wcześniejszych z Iraku. - Kiedy goni się przeciwnika, on nie ma jak atakować. Jeśli pozwoli się mu na trochę swobody, atakuje bazy - tłumaczy nasz informator.
Znaczne wzmocnienie sił specjalnych to także jeden z filarów nowej taktyki wojsk zachodniej koalicji. W ciągu ostatnich miesięcy do Afganistanu przerzucono m.in. wielu amerykańskich komandosów. Opublikowane niedawno przez
Wikileaks tajne dokumenty armii
USA ujawniły istnienie specjalnej jednostki, która zajmuje się wyłącznie tropieniem i zabijaniem najważniejszych dowódców talibów i Al-Kaidy.
Przerzucenie znacznej części operacji bojowych na siły specjalne ma też zmniejszyć straty wojsk zachodniej koalicji (obecny rok jest najbardziej dla nich krwawy od obalenia talibów w 2001 r.) i liczbę ofiar wśród cywilów, którzy często są giną podczas bitew i potyczek z rebeliantami w otwartym polu. Ograniczenie liczby zabitych cywilów jest jednym z priorytetów nowego dowódcy sił zachodniej koalicji gen. Davida Petraeusa.