http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Naga prawda o wojnie

Mariusz Zawadzki
2010-07-27, ostatnia aktualizacja 2010-07-27 01:29

Polskie wojsko w prowincji Ghazni, Afganistan
Polskie wojsko w prowincji Ghazni, Afganistan
Fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta

Z dokumentów opublikowanych przez Wikileaks wynika, że żołnierze koalicji są w Afganistanie osaczeni, osamotnieni i bezradni. Co gorsza - uciekają się do moralnie wątpliwych metod walki

ZOBACZ TAKŻE
RAPORTY
SONDAŻ
Jak oceniasz działalnosć portalu Wikileaks?

Jest pożyteczny i przydatny
Jest nieszkodliwy ale też nieprzydatny
Jest bardzo szkodliwy
Nie interesuje mnie to

- Prezydent Obama w grudniu 2009 r. ogłosił nową strategię i zwiększenie wydatków na Afganistan, bo w poprzednich latach (czytaj - za prezydentury George'a Busha) powstała tam ponura sytuacja - oświadczył gen. James Jones, doradca Białego Domu ds. bezpieczeństwa narodowego.

To była wczoraj główna linia obrony wojny w Afganistanie przez rząd USA. W grudniu 2009 r. Obama zdecydował się na wysłanie dodatkowych 30 tys. żołnierzy. Waszyngton nakłonił też sojuszników, by dosłali 15 tys. wojsk - w sumie kontyngent zachodnich sił to już 150 tys. żołnierzy. Amerykanie chcą też przeciągać na stronę afgańskiego rządu - posadami czy pieniędzmi - umiarkowanych talibów i stworzyć plemienne milicje pomagające zwalczać rebeliantów. Taka taktyka przyniosła sukces w Iraku. Najbliższy rok ma być kluczowy w wojnie, a do 2014 r. odpowiedzialność za bezpieczeństwo kraju mają przejąć afgańska armia i policja.

Dlatego Biały Dom podkreślał, że najnowsze raporty na Wikileaks pochodzą z grudnia zeszłego roku, a fatalna sytuacja w Afganistanie była powszechnie znana. Siła szczegółu jest jednak - jak to często bywa - porażająca.

Żołnierz z oddziału Task Force Catamount w prowincji Paktika opisuje patrol do wioski Mamadi, gdzie Amerykanie chcieli rozdać żywność i zaoferować pomoc miejscowej starszyźnie. Przyjęto ich bardzo chłodno. Ulice opustoszałe, nawet dzieci pozamykano w domach. Jeden wściekły starzec stwierdził, że niczego nie chcą od Amerykanów, i oskarżył prezydenta George'a Busha o to, że zabrano mu kałasznikowa. Miejscowi mówili, że nie chcą pomocy, bo boją się kary talibów. Niektórzy oferowali się jednak, że chętnie przyjmą gotówkę. Amerykanie rozdają 30 swetrów, 20 śpiworów, 10 worków fasoli i 10 worków ryżu. Raport konkluduje: "Wioska Mamadi jest zdecydowanie antykoalicyjna. Nie chcą mieć nic wspólnego z nami lub afgańskimi siłami zbrojnym. Nic więcej do raportowania". Jednak już w bazie autor raportu dopisał: "Misja w Mamadi zakończyła się sukcesem". Podobnych raportów jest dużo więcej.

Inne opisują akcje Task Force 373, tajnego oddziału "likwidatorów". W czerwcu zeszłego roku próbowali oni zabić w prowincji Paktika libijskiego bojownika walczącego w oddziałach talibów Abu Laisa al-Libiego. Podejrzewano, że znajduje się on w wiosce Nangar Khel, dlatego wystrzelono na wioskę pięć rakiet. Potem żołnierze Task Force 373 pojechali do wioski. Okazało się, że zabili sześciu talibów i zniszczyli meczet. W jego ruinach znaleźli ciała siedmiorga martwych dzieci. Siły koalicji wydały wtedy oświadczenie, że zaatakowano meczet ze względu na "wrogą aktywność" z jego terenu. Tymczasem w wewnętrznym raporcie opublikowanym przez Wikileaks czytamy, że Task Force 373 wystrzelił rakiety pierwszy, zupełnie nieatakowany, tylko dlatego, że miał nadzieję zabić al-Libiego. Raport zakazano nawet ujawniać sojusznikom z NATO. Al-Libi zginął siedem miesięcy później - rakieta z bezzałogowego predatora dopadła go w Pakistanie.

Akcja Task Force w sąsiedniej, oddalonej o 10 km wiosce, również zakończona bombardowaniem, została tak podsumowana w wewnętrznym raporcie: "Dwunastu żołnierzy USA rannych, dwie afgańskie dziewczynki i chłopiec - ranni, zabita kobieta, zabitych pięciu cywili mężczyzn, zabity osioł, zabity pies, zabitych kilka kurczaków, nikogo z nieprzyjaciół nie zabito, nie raniono ani nie zatrzymano".

Raporty Wikileaks dokumentują rosnącą siłę talibów, którzy przejęli od irackich rebeliantów taktykę podkładania przydrożnych bomb. W 2004 r. zdetonowali ich 308, w zeszłym - już 7155. "Nie sądzę, by można było wygrać z bombami przydrożnymi" - pisze gen. Michael Oates, który kieruje w Pentagonie jednostką do walki z bombami przydrożnymi. Amerykańskie dowództwo czasem starało się tuszować sukcesy talibów, np. to, że dysponują rakietami ziemia-powietrze, którymi strzelają do helikopterów. W ten sposób zestrzelili w 2007 r. śmigłowiec Chinook z siedmioma żołnierzami.

Dowództwo NATO i dyplomaci w Kabulu obawiają się nawet, że ich telefony komórkowe mogą być podsłuchiwane przez talibów. "Jest wątpliwe, by rebelianci mieli techniczne możliwości podsłuchiwania rozmów sieci komórkowej Roshan GSM. Mogą jednak mieć swoich ludzi w tej sieci, czy to zastraszonych, czy sympatyzujących z nimi, i podsłuchiwać rozmowy dzięki nim" - pisała w 2007 r. amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego.

Ponurego obrazu dopełnia bezradność, a nawet szkodliwość afgańskich żołnierzy i policjantów, którzy intensywnie szkoleni przez siły koalicji mają w 2014 r. przejąć odpowiedzialność za kraj. Brytyjski batalion w prowincji Helmand opisywał w kwietniu zeszłego roku, jak strażnicy graniczni odurzeni opium bawili się na dachu jakiegoś budynku i postrzelali się z lokalnymi policjantami. Do strzelaniny włączyli się Brytyjczycy, którzy czuli się zagrożeni. W raportach opisano 50 przypadków bratobójczych walk między afgańskimi siłami bezpieczeństwa. Policjanci okradają też cywili, wymuszając na nich haracze - pewnemu Afgańczykowi w prowincji Nimruz zrabowali 2 tys. dol.

Ekspert: Niemcy w sprawie Afganistanu nie są naiwni | Ekspert: Na wojnę to nie wpłynie

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':