Jacek Pawlicki: Jaki może być wpływ przecieku z Wikileaks na operację w Afganistanie? Prof. Julian Lindley-French: W ujawnionych dokumentach nie ma nic szczególnie nowego. Potwierdzają one raczej to, o czym ludzie i tak wiedzieli.
Opinia publiczna nie znała jednak tych wszystkich szczegółów o nieudanych atakach czy przypadkowych ofiarach cywilnych. - Ale opinia publiczna doskonale wiedziała, że sprawy w Afganistanie nie idą dobrze. Ujawnione raporty przełomem więc nie są. Jeśli zapyta pan ludzi w
USA lub w Europie, czy sądzą, że operacja zakończy się sukcesem, odpowiedzą: Nie. Jeśli spytamy ich, czy jak opuścimy Afganistan, to zostawiamy po sobie w miarę stabilną sytuację, odpowiedzą: Może.
Poza tym ludzie tak bardzo nie skupiają się na szczegółach. Prawdziwa debata toczy się między elitą, czyli ekspertami takimi np. jak ja. A rzeczywistość jest taka, że obecnie w Afganistanie obowiązuje nowa strategia prezydenta Obamy, a opublikowane przecieki dotyczą okresu przed jej przyjęciem. Trzeba też pamiętać, że rewelacje wyszły w połowie lipca, kiedy większość ludzi jest na wakacjach.
Chce pan powiedzieć, że skomplikowane raporty wojskowe to nie jest najlepsza lektura na plaży na Majorce? - Dobrze pan to ujął. Poza tym opinia publiczna powoli wyłącza się ze sprawy Afganistanu. Staje się on kolejną zapomnianą wojną.
Ale sondaże pokazują, że np. Brytyjczycy są w większości za wycofaniem wojsk z Afganistanu. Nie sądzi pan, że przecieki pokazujące kłopoty tej wojny mogą jeszcze bardziej utwierdzić ludzi w tym przekonaniu? - W Wielkiej Brytanii wszystko jest mniej więcej jasne. W Afganistanie nie będziemy dłużej niż cztery kolejne lata. Zmieniamy charakter operacji z wojennej na szkoleniową, by przygotować armię afgańską do przejęcia odpowiedzialności za kraj. Do czasu następnych wyborów w 2015 r. Afganistan nie będzie na Wyspach sprawą polityczną, to już mamy za sobą.
Jak to bywa z wszystkimi sprawami dotyczącymi polityki zagranicznej czy bezpieczeństwa, Afganistan przegrywa w odczuciu społecznym z kwestiami znacznie ważniejszymi dla obywateli, jak podatki, edukacja, gospodarka. Nawet jeśli z sondaży wynika, że ludzie są przeciwni wojnie w Afganistanie, to wiele o niej nie myślą.
Przyzna pan jednak, że ujawnienie tylu tajnych dokumentów wojskowych to wielki cios dla rządu i armii USA. - Tak, ale nie aż tak wielki, jakby się wydawało. Takie przecieki są rzeczą wstydliwą dla rządów, ale w mediach żyją nie dłużej niż dwa dni. Większość z ujawnionych właśnie dokumentów to dzienniki operacyjne dowódców niższego szczebla. Żaden z nich nie ma jakiegoś szczególnie ważnego, strategicznego znaczenia z punktu widzenia wywiadu.
Ale są informacje dowodzące, że wywiad pakistański wspierał w Afganistanie talibów... - Czy tego nie wiedzieliśmy? Sam zostałem kiedyś poinformowany o tym przez pakistański wywiad ISI. Oni tego specjalnie nie ukrywali. W ich strategicznym interesie leży, by
Indie trzymały się daleko od Afganistanu [oba kraje od kilkudziesięciu lat spierają się o Kaszmir, co kilka razy o mało nie doprowadziło do wybuchu wojny] i żeby tak było, muszą sprzyjać pewnym talibom, plemionom czy grupom. Sprawa jest bardziej skomplikowana niż się wydaje. Gdyby z dokumentów wojskowych wynikało, że armie NATO są przekonane, że operacja się nie uda, to byłoby coś!
Uważa więc pan, że to medialny cyrk, a nie żaden przełom? - Czy te przecieki wpłyną na zmianę afgańskiej strategii NATO? Nie! Czy wniosły wiele nowego? Niekoniecznie! Czy zmienią stosunki w samym Afganistanie? Nie! A więc to medialne szaleństwo! Niewiele się dzieję, a "Guardian", "New York Times" i "Der Spiegel" może skorzystają na tym pod względem czytelnictwa. Dla mnie całe te przecieki to coś, co nazywamy przelotną sensacją.
* Prof. Julian Lindley-French jest ekspertem od strategii NATO w Królewskim Instytucie Spraw Międzynarodowych "Chattam House" w Londynie