http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Granice szpiegowskich tajemnic

Bartosz Węglarczyk
2010-07-27, ostatnia aktualizacja 2010-07-26 21:53

Afera WikiLeaks. Przeciek tajnych raportów Pentagonu o wojnie w Afganistanie otwiera na nowo debatę o tym, gdzie są granice tego, co wolno wiedzieć opinii publicznej

Bradley Manning
Fot. AP
Bradley Manning
RAPORTY
SONDAŻ
Jak oceniasz działalnosć portalu Wikileaks?

Jest pożyteczny i przydatny
Jest nieszkodliwy ale też nieprzydatny
Jest bardzo szkodliwy
Nie interesuje mnie to

Wasilij Mitrochin, długoletni i doświadczony dyrektor archiwum radzieckiego wywiadu, potrzebował 12 lat, żeby skopiować 25 tys. stron raportów KGB. Ukrył je w bańkach na mleko w swojej daczy.

22-letni analityk wojskowy, autor prawdopodobnie największego przecieku w historii służb specjalnych, potrzebował kilku płyt CD i nieco wolnego czasu, by skopiować 92 tys. raportów wywiadu armii USA w Afganistanie. Przed kolegami udawał, że słucha Lady Gaga.

Czasy się zmieniają

Zmieniają się czasy i rozwój technologii wyprzedza wszelkie ludzkie wyobrażenie. Mitrochin wywiózł swoje dokumenty z Moskwy do Rygi pod podłogą rozklekotanej łady. Organizacja WikiLeaks, która opublikowała afgańskie raporty, umieściła je na stronie internetowej, do której hasło dała trzem gazetom w USA, Wielkiej Brytanii i Niemczech.

Tajna sieć internetowa Pentagonu okazała się kompletnie przezroczysta, gdy zawiodło jej najsłabsze ogniwo - człowiek. Dzisiejsze doniesienia mediów na całym świecie przyprawią o zawrót głowy strażników tajnych informacji nie tylko w Waszyngtonie, ale także w Warszawie, Pekinie czy Rijadzie.

Afera WikiLeaks otwiera jednak na owo debatę o tym, gdzie są granice tego, co wolno wiedzieć opinii publicznej. W erze Twittera i telewizyjnych relacji na żywo z pierwszej linii frontu obywatele zdają się coraz częściej żyć w przekonaniu, że wiedzieć powinni wszystko. Szef WikiLeaks także tłumaczy decyzję o opublikowaniu dokumentów tym, że "ludzie mają prawo znać prawdziwe oblicze wojny".

"Papiery z Pentagonu"

Tak samo tłumaczył się w 1971 r. inny młody amerykański analityk wojskowy Daniel Ellsberg, który przekazał gazetom (o internecie słyszało wówczas jedynie kilku wizjonerów) tysiące stron supertajnego opracowania - historii stosunków USA i Wietnamu od roku 1945 do 1967.

Opracowanie, znane jako "Papiery z Pentagonu", pokazywało sposób myślenia kolejnych prezydentów USA i ich współpracowników o angażowaniu się w konflikt indochiński. Ellsberg uważał, że opinia publiczna ma prawo znać ten dokument, bo udowadniał on np. że Lyndon Johnson kłamał obiecując w swej kampanii wyborczej, że jako prezydent nie zwiększy zaangażowania wojsk USA w Azji Południowo-Wschodniej. Kłamał, bo w tym samym czasie dokładnie to właśnie planował.

Z "Pentagon Papers" Amerykanie dowiedzieli się, że Richard Nixon planował np. bombardowania Laosu, bo tam mieściły się bazy komunistycznej armii Wietkongu. Ellsberg miał rację - Amerykanie mieli prawo wiedzieć, że ich prezydent wciąga Amerykę w wojnę z kolejnym krajem.

Zdradzieccy Pakistańczycy

Opublikowane wczoraj archiwum afgańskie także zawiera jedną bardzo ważną wiadomość polityczną, którą całe NATO próbowało ukrywać przed opinią publiczną - o tym, że pakistańskie służby specjalne wbrew oficjalnym zapewnieniom ich rządu pomagają talibom zabijać żołnierzy koalicji, i tych z USA, i tych z innych krajów.

Informacje o współpracy pakistańskiego wywiadu wojskowego z talibami krążyły wśród ekspertów od lat, jednak opinia nawet najlepszego analityka to jedno, a cytat bezpośrednio z raportu wywiadowczego to co innego.

Prezydent Obama i przywódcy krajów Sojuszu, w tym także Polski, będą mieli teraz nie lada problem - jak przekonać opinię publiczną, że z Pakistańczykami warto się przyjaźnić i im pomagać, skoro wyciągają oni chętnie rękę po pomoc, ale jednocześnie pomagają zabijać naszych żołnierzy.

Takie dane to kura znosząca złota jajka

Nie mam wątpliwości, że młody autor przecieku do WikiLeaks zrobił to ze szlachetnych pobudek, ale wiadomo niestety, co jest wybrukowane dobrymi intencjami. Wiem, że kierował się szlachetnymi pobudkami, bo na swym przecieku mógł zarobić grube miliony dolarów.

Za wyniesione przez niego raporty każdy wywiad świata śledzący kraje NATO - od Korei Płn. po Rosję, Iran i Chiny - zapłaciłby bowiem dowolną sumę. Oficer rosyjskiego czy chińskiego wywiadu, który wyniósłby te same dyskietki, stałby się bohaterem narodowym. A tak, dzięki WikiLeaks, Rosjanie, Chińczycy i Koreańczycy mają te informacje za koszt połączenia z internetem.

Dla specjalistów bowiem surowe, nieobrobione i nieocenzurowane raporty wywiadowcze to kura znosząca złote jajka. Można się z nich dowiedzieć jak działają Amerykanie i ich sojusznicy, jaka jest ich taktyka, gdzie widzą swoje silne i słabe strony, jak działa wymiana informacji, jak myślą i jak podejmują decyzje NATO-owscy dowódcy od dowódcy plutonu po generała.

Naiwność gazet

Redaktorzy "New York Timesa", "Guardiana" i "Der Spiegela" twierdzą, że zadbali o to, by nie narazić żołnierzy na niebezpieczeństwo. Ale to naiwność. W jednym z ujawnionych wczoraj raportów możemy przeczytać, że polski wywiad ostrzegał NATO przed planowanym przez talibów atakiem na ambasadę Indii w Kabulu. Gwarantuję, że i talibowie, i przede wszystkim ich sojusznicy z Pakistanu, Korei Płn., czy Iranu spędzą teraz czas na szukaniu źródła informacji polskiego wywiadu, a polscy dyplomaci i działacze organizacji charytatywnych będą teraz obiektem co najmniej zwiększonego zainteresowania ze strony wrogów naszych żołnierzy.

Redaktorzy tych trzech gazet skrzętnie wycinali - jak twierdzą - nazwiska i dane źródeł informacji, ale nazwisko oficera polskiego wywiadu jakoś jednak w publikacji zostało. Człowiek ten jest już więc spalony.

"Der Spiegel" uznał za najważniejszą informację, że amerykańscy komandosi, których zadaniem jest pościg za dowódcami talibów, stacjonują w niemieckiej bazie wojskowej. Być może talibowie o tym do wczoraj wiedzieli, a być może nie - tego "Der Spiegel" po prostu nie wie. Ale na pewno talibowie teraz już o tym wiedzą, a tym samym niemiecka baza ostro podskoczyła na ich liście priorytetów.

Ja takiej odpowiedzialności bym na siebie nie był w stanie wziąć.

W innym ujawnionym raporcie czytamy, że jeden z bliskich doradców Osamy ben Ladena odwiedzał Koreę Płn. Gwarantuję, że podczas kolejnej takiej wizyty on, inni stratedzy Al-Kaidy lub ich sojusznicy będą słuchać przygotowanych na podstawie giga-wycieku z WikiLeaks analiz zaprzyjaźnionych służb specjalnych o tym, jak najboleśniej uderzyć wojska koalicji i siły rządowe w Afganistanie.

***

Debata o sensie i źródłach decyzji o wejściu do Afganistanu jest sensowna i w demokracji zrozumiała. Ale ujawnianie informacji, które mogą pomóc ludziom czyhających na życie naszych żołnierzy jest niedopuszczalne.

Na brytyjskim plakacie z II wojny światowej trafiony niemiecką torpedą statek jest otoczony napisem "Ktoś coś powiedział". Ten plakat był aktualny na plażach Normandii, i jest nadal aktualny w piaskach Ghazni.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 21 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':