Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że polski wywiad łączy to m.in. ze zmianą dowódcy talibów w prowincji Ghazni. Mułła Nasir został niedawno odwołany za "zbyt małą aktywność", a jego miejsce zajął dotychczasowy zastępca, który bardzo chce wykazać się teraz przed przywódcami talibów.
Tylko w ubiegłym tygodniu główna polska baza Ghazni, leżąca w pobliżu stolicy prowincji o tej samej nazwie, została trzykrotnie ostrzelana rakietami. Nikomu nic się nie stało, bo rakiety odpalane są w prymitywny sposób, z przygotowanych chałupniczym sposobem wyrzutni. Strzelec nie ma możliwości dokładnego, jak to nazywają wojskowi, wstrzelania się w cel.
- Jeszcze w ubiegłym roku ten rejon był nasz - mówi jeden z polskich dowódców. - Ghazni była miejscem stosunkowo bezpiecznym, talibowie zasadzali się raczej na oddalone od niej bazy Warrior czy Giro.
Zdaniem polskich dowódców talibowie chcą pokazać, że polscy i amerykańscy żołnierze nie kontrolują nawet stolicy prowincji. Są zdesperowani - rakiety nadlatywały nie od strony miasta Ghazni, ale z płaskiego terenu wokół bazy.
- To zdesperowani samobójcy. Choć nie mają gdzie się ukryć prowadzą otwartą walkę wystawiając się na ogień wojska - mówi mjr Mirosław Ochyra z dowództwa operacyjnego polskiej armii.
Już tradycyjnie atakowana jest rakietami także baza Warrior. Tam talibowie mają ułatwione zadanie, bo bazę otaczają góry. Jeszcze w lutym nasi komandosi z GROM-u odkryli w tym rejonie sieć korytarzy, którymi rebelianci podchodzili jak najbliżej bazy, by odpalić rakiety.
W prowincji Ghazni, za której bezpieczeństwo odpowiadają Polacy, jest w tej chwili ponad 2,2 tys. naszych żołnierzy. Wkrótce kontyngent ma być wzmocniony do 2,6 tys. ludzi. Z końcem lata do Ghazni przeniesie się też około tysiąca amerykańskich żołnierzy, którzy będą podlegać polskiemu dowództwu.
Dowódcy zachodniej koalicji zdają sobie sprawę, że ten rok będzie decydujący dla losów wojny w Afganistanie. Amerykanie wzmocnią w sumie swój kontyngent o 30 tys. żołnierzy, inne państwa doślą ponad 10 tys. Siły koalicji będą więc liczyć ok. 150 tys. wojsk.
- Tak jak my, także talibowie mają coraz lepsze uzbrojenie i wzmacniają swoje siły - podkreśla mjr Ochyra. Widać to choćby po minach-pułapkach, których jest zdecydowanie więcej niż w zeszłym roku, i są coraz wymyślniejsze. Jeden z saperów opowiada: - Nazywamy to koniem trojańskim: mina ma podwójny obwód elektryczny, nie wystarczy przecięcie głównych kabli, bo włącza się wtedy drugie źródło zasilania i dochodzi do eksplozji. To pułapka na saperów. Najlepsze, co można teraz zrobić, to wysłać do miny robota. Ale ten nie zawsze jest...
Talibowie najczęściej podkładają miny naciskowe - i to takie, w których nie ma praktycznie metalu, a więc trudne do wykrycia. Czasem miny są dwie. Kiedy saperzy rozbroją jedną i ruszają dalej, bo wydaje im się, że teren jest czysty, patrole wpadają na drugą, zakopaną w pobliżu.
Są też dobre wiadomości. We wtorek polscy żołnierze przekazali Afgańczykom odpowiedzialność za dystrykt Adżrijstan - rejon prowincji Ghazni odcięty od reszty prowincji przez góry. Nasi żołnierze stacjonowali tam od dziewięciu miesięcy, ich wycofanie to decyzja amerykańskiego generała Curtisa Scapartottiego - dowódcy Regionu Wschód, któremu podlega polski kontyngent. Jak dowiedzieliśmy się, nasz resort obrony już raz chciał oddać Adżrijstan, kiedy latem 2009 r. w zasadzce talibów zginął kpt. Daniel Ambroziński. Ostatecznie
MON zostawił tę decyzję Amerykanom.
Warunki w polskim posterunku w Adżrijstanie były bardzo trudne z powodu braku stałych dostaw i problemów sanitarnych. Kilkudziesięciu naszych ludzi zmieniało się co kilkanaście dni. Teraz ich miejsce zajęło 70 żołnierzy z afgańskiej armii rządowej i 30 policjantów.
W Afganistanie poległo dotychczas 16 Polaków, ostatni w grudniu 2009 r.