Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Nocną akcję we wsi Kalech Jebara w powiecie Karabagh w Ghazni przeprowadziły pod koniec stycznia amerykańskie siły specjalne z pomocą Afgańczyków - dowiedzieliśmy się od wysokiego rangą rozmówcy w polskiej armii.
Celem akcji było zabicie groźnych talibów figurujących na liście poszukiwanych wrogów rządu prezydenta Hamida Karzaja.
Nasz informator mówi, że Amerykanie i Afgańczycy wchodzili do domostw i tam zabijali talibów - chcieli w ten sposób uniknąć ofiar cywilnych i mieć pewność, że zlikwidowali właściwe osoby. Wtedy z jednej z chałup ktoś ostrzelał żołnierzy
USA. W odpowiedzi amerykański śmigłowiec zaatakował dwa
domy.
Afgańscy wieśniacy twierdzą, że w tych domach zginęło czterech cywilów. Reporterowi katarskiej telewizji Al-Dżazira Davidowi Chaterowi powiedzieli, że wśród ofiar były dzieci w wieku 11 i 15 lat. Na dowód pokazali ciała.
Katarska
telewizja sfilmowała manifestację, którą dwa dni po akcji w Kalech Jebara ponad setka Afgańczyków przeprowadziła na głównej drodze kraju z Kabulu do Kandaharu. To wtedy Afgańczycy spalili polską flagę i kukłę prezydenta Karzaja. Krzyczeli, że nie ma różnicy między komunistami a wojskami zachodniej koalicji, które okupują ich kraj.
O akcję w Kalech Jebara zapytaliśmy dowództwo NATO w Afganistanie. Dostaliśmy odpowiedź, że "prowadzone jest postępowanie wyjaśniające, które wszczyna się wtedy, gdy pojawiają się wątpliwości co do przebiegu akcji. Czekamy na raport końcowy".
Ile osób zginęło w Kalech Jebara, kto został tam zabity i jak wyglądała operacja, dowództwo sił zachodniej koalicji nie chce powiedzieć.
"Gazeta" dowiedziała się, że w sprawie tej operacji interweniowali u Amerykanów dowódcy polskiego kontyngentu w Afganistanie. Nasza armia obawiała się, że straci dobrą reputację i nie najgorsze relacje ze starszyzną dystryktu Karabagh oraz że wieść o zabiciu cywilów może sprowokować ataki na Polaków, którzy odpowiadają za bezpieczeństwo w Ghazni. Dziś w tej prowincji jest ponad 2 tys. naszych żołnierzy.
- To nie my zabiliśmy tych ludzi, ale oskarżono nas, bo Afgańczycy kojarzą Ghazni i Karabagh tylko z polskimi żołnierzami. Nie ma dla nich różnicy między mundurem amerykańskim i polskim, tym bardziej w nocy - mówi nasz informator z polskiego dowództwa. - Amerykanie nie kwapili się do wyjaśnienia tej sytuacji. Musieliśmy ich przekonać, by pojechali do tej wioski i przeprosili.
Podczas spotkania z wioskową starszyzną amerykański dowódca zapłacił odszkodowanie za czterech zabitych: przekazał pieniądze, zwierzęta i żywność. Wojska USA często tak robią - nawet jeśli nie ma pewności, czy ofiarami rzeczywiście byli cywile - by udobruchać afgańskich wieśniaków.
W komunikacie po akcji polskie Dowództwo Operacyjne napisało, że "osoby cywilne nie zostały poszkodowane podczas operacji", a polscy żołnierze tylko zabezpieczali rejon akcji.
- To była informacja sporządzona na podstawie wiedzy, jaką mieliśmy tuż po akcji - tak mjr Piotr Jaszczuk z DO odpowiada na pytanie, czy w Kalech Jebara zostali poszkodowani cywile. - Z tego, co wiemy, ten 15-letni chłopiec sięgał po broń, ale nas tam nie było.