Jest pan ojcem dwóch synów. Zdradził ich pan.
- Nie sądzę, choć miałem w tej sprawie potknięcie. Gdy chłopcy byli mali, tak intensywnie zajmowałem się własnym duchowym rozwojem, że mogli czuć się przez jakiś czas zaniedbywani.
Za dużo pan medytował?
- Tego nigdy za dużo, pod warunkiem że się nie odbywa kosztem naszych wcześniejszych zobowiązań wobec innych ludzi. Na szczęście, jeszcze nie za późno, zapaliło się światełko ostrzegawcze i dzieci zajęły właściwe miejsce w moim życiu.
Co to znaczy?
- Zrozumiałem, że miłość do dzieci, która znajduje swój praktyczny wyraz w ilości czasu i uwagi, jaką się im poświęca, też jest praktyką duchową. Kto wie, czy nie najważniejszą. Uczy bowiem uważnego przeżywania chwili, bycia tam, gdzie się jest.
Dlaczego tak trudno jest nam być z własnymi dziećmi?
- Nie zawsze potrafimy z nimi być. Często sami byliśmy zaniedbywani przez rodziców. Jeśli ojciec, będąc chłopcem, nigdy nie był przytulany, to skąd ma wiedzieć, że dobrze jest przytulać syna i w ten sposób uczyć go, czym jest ciepło, bliskość i wsparcie.
Wystarczy przeczytać parę książek lub zapisać się do szkoły dla rodziców. Warto też pójść na terapię, jeśli wiemy, że w rodzinie działy się niedobre rzeczy.
- Niektórzy rodzice tak robią i chwała im za to. Ale są wśród nich i tacy, którzy na rodzinną patologię są wyczuleni tak jak przysłowiowe kopalniane kanarki na gaz. Przesadzają.
Może mężczyźnie po prostu nie chce się opiekować własnymi pociechami, jest tyle ciekawszych zajęć niż układanie w nieskończoność domku z klocków.
- Najprawdopodobniej sami byli chłopcami opuszczonymi przez ojców, wychowywanymi przez kobiety i nie wiedzą, jak zajmować się synami. Wielu ojców ma poczucie, że odegrali swoją rolę, płodząc synów, i że później ich rola sprowadza się do zapewnienia bytu rodzinie. Nie pamiętają, jak bardzo sami kiedyś na próżno czekali na zabawę z ojcem w klocki.
Dlaczego ojciec jest taki bezcenny?
- Chłopcy mają instynkt eksploracji i walki, konstruowania i budowania, organizują sobie próby odwagi i inicjacje, szukają ryzyka, zbierają siniaki i blizny. Ojcowie rozumieją to lepiej niż matki. W rozsądnych granicach pozwalają synom doświadczać lęku i bólu, uczą odporności, wytrzymałości, dzięki czemu chłopcy nie wpadają w słodką pułapkę matczynej nadopiekuńczości.
Mało któremu ojcu chce się zginać kark i uczestniczyć choćby w nauce chodzenia syna.
- Po części dlatego, że ojcowie są coraz bardziej zapracowani. Część z nich nauczyła się, że sensem życia jest zabieganie o reputację i sukces. Trudno im docenić czas spędzany z dzieckiem. Wspólna zabawa w klocki czy układanki z trzy-, cztero-, pięcioletnim synkiem wydaje im się czasem straconym. Dlatego tak często nieświadomie zdradzamy syna w pierwszych latach jego życia, poświęcając czas raczej budowaniu swojej pozycji zawodowej i społecznej i takiej relacji z matką dzieci, która wspierałaby nasze aspiracje.
Czy taki model rodziny wynika ze zmian cywilizacyjnych?
- W miarę postępu rewolucji przemysłowej i informatycznej zanika gatunek ojców samodzielnych, wszechstronnych i niezależnych - gospodarzy i właścicieli - potrafiących budować, polować, hodować, uprawiać, naprawiać, walczyć, bronić, śpiewać i tańczyć - a także prawdziwie cieszyć się synem jako naturalnym spadkobiercą ojcowskiej duchowej i materialnej schedy. Zjawisko to dotyczy przede wszystkim dominującej w naszych czasach kultury miejskiej. Na wsiach i w małych miasteczkach tu i ówdzie takie ojcowskie relikty jeszcze przetrwały. Urbanizacja, industrializacja, opiekuńczość państwa, wszystko, co wydaje się pozytywnym dorobkiem naszych czasów, radykalnie zmienia tradycyjny model rodziny, jej strukturę i sens istnienia. Obecna sytuacja wiele wymaga od rodzin. Rodzina pozbawiona ekonomicznego, socjalnego i obyczajowego nacisku i lepiszcza w coraz większym stopniu swoje trwanie zawdzięczać musi więzi emocjonalnej i duchowej. Ale jak kultywować tę więź, skoro brakuje czasu na bycie razem? Tak działa, opisany w największym skrócie, mechanizm powodujący coraz powszechniejszy kryzys rodziny.
Kiedyś było lepiej?
- W przeszłości zainteresowanie ojca synem wiązało się z koniecznością przekazywania mu dorobku życia, fachu i warsztatu pracy. Ojciec musiał syna wiele nauczyć, aby to, czego wcześniej dokonał, nie zmarnowało się. Od trwałości rodziny w ogromnej mierze zależały szanse przetrwania jej członków. Sytuacja zewnętrzna czyniła z rodziny autonomiczny, spójny i odporny organizm, zdolny do przetrwania na przekór wszystkiemu. Ze względu na ekonomiczną i społeczną pozycję mężczyzn, od których sprawności i możliwości tak wiele zależało, związki ojców z synami były wówczas szczególnie ważne i mocne.
Źródło: Duży Format