Adam Leszczyński: Jak piszą nasi reporterzy w cyklu "Mój kawałek Europy", w wielu europejskich miastach rejestracja samochodu trwa nie trzy dni, jak u nas, ale pięć minut. A jak urzędnik obiecuje, że zadzwoni do petenta, to dzwoni. Dlaczego u nas jest inaczej?
Prof. Krzysztof Pomian*: Bo jesteśmy inni.
Tę inność trzeba jednak zaraz sprecyzować. Przede wszystkim w zakresie kultury życia codziennego - a o niej pan mówi - istotne różnice występują w samej Polsce. Kiedy pan przyjeżdża do Poznania, ma pan poczucie, że na ulicach jest czyściej niż w Warszawie. O Rzeszy Wilhelmińskiej - pod której zaborem była Wielkopolska - można powiedzieć wiele złego, ale była ona państwem prawa. Samo pojęcie - Rechtsstaat - stamtąd się wywodzi.
W Galicji do dzisiaj żywe są biurokratyczne tradycje Monarchii Austro-Węgierskiej. Nie był to mój ideał, ale ta biurokracja mimo niezliczonych anegdot na jej temat działała względnie sprawnie.
Nasze nieszczęście polega na tym, że po 1918 r. Polska została zdominowana przez dawny zabór rosyjski. Królestwo Kongresowe - ze stolicą w Warszawie - przez 124 lata było elementem systemu, który zaczął przybierać cywilizowane formy dopiero w ostatnich dziesięcioleciach XIX w. Dopiero wtedy w Rosji zaczęły działać instytucje przestrzegające prawa. Wcześniej biurokracja carska była systemem zorganizowanego żerowania na ludności.
Niestety, właśnie tę tradycję Polska odziedziczyła.
Polska biurokracja traktowała swoich obywateli jak biurokracja zaborcza?
- Zarówno większość urzędników, jak i mentalność ludzi, którzy tym krajem naprawdę rządzili w okresie międzywojennym, wywodziły się z zaboru rosyjskiego. Dmowski i Piłsudski - dwaj najwybitniejsi polscy politycy lat międzywojennych - mieli ze sobą tyle wspólnego, że obaj wywodzili się z zaboru rosyjskiego.
Wpływ sowiecki w PRL przedłużał carskie tradycje - głównie te złe. W czasach Stalina urzędnicy byli osobiście uczciwi, bo inaczej mogli dostać w czapę. Ale system jako całość występował wobec obywateli w roli narzędzia terroru. Dopiero po śmierci Stalina administracja zaczęła się powoli cywilizować.
Dlatego w każdym urzędzie daje mi się do zrozumienia, że jestem w przedpokoju władzy? Nawet w gminie?
- W tej tradycji zawsze jest pan petentem.
Nie idealizujmy jednak Zachodu. We Francji bardzo długo biurokracja (samo słowo Francji zawdzięczamy!) uważała, że wie wszystko lepiej od obywatela. Dlatego jeszcze w latach 70. nie można było założyć stowarzyszenia osób korzystających z usług publicznych, np. kolei. Bo służba publiczna nie uznawała użytkowników. Dla niej istnieli tylko petenci.
Od tego czasu Francja bardzo się zmieniła. Mogę już dochodzić swoich praw wobec administracji. Dziś jestem tak samo użytkownikiem publicznej poczty jak prywatnej pralni.
Ale czy można porównywać biurokrację francuską z biurokracją Rosji carskiej?
- Nie można. To były całkiem różne światy: we Francji korupcja była znikoma, a wykształcenie urzędników było nieporównywalnie lepsze. Szczyty francuskiej biurokracji zawsze rekrutowano w trybie drakońskich konkursów. Wprawdzie każdy nowy rząd mianuje swoich prefektów [odpowiedników wojewodów], ale tylko spośród tych, którzy zdali odpowiednie egzaminy.
Uwstecznienie carskie odcisnęło na nas mocne piętno. Jerzy Jedlicki pokazał to w jednej z lepszych książek o historii Polski - "Klejnot i bariery społeczne". Duża część Polski została podbita przez kraj, który był w stosunku do niej cywilizacyjnie niższy. Wspaniała rosyjska kultura nie ma tu nic do rzeczy - naprawdę Polską rządził nie inteligent z Petersburga, tylko stupajka, czynownik z prowincji.
Czy tylko zły urzędniczy etos jest naszym problemem? Reporterów "Gazety" uderzało, że na Zachodzie praktycznie nie widzieli grodzonych osiedli. W samej Warszawie jest ich kilkaset. Czy skoro Polacy są przekonani, że instytucje państwa istnieją głównie po to, aby uprzykrzać im życie, wycofują się w prywatność?
- W społeczeństwach, w których policja pracuje sprawnie, ludzie też zamykają klatki schodowe. Moim zdaniem na Zachodzie jest więcej grodzonych osiedli niż reporterzy "Gazety" dostrzegają. Tyle że tam ludzie nie wyłączają się z przestrzeni miejskiej.
Już w PRL było dobrze widać kontrast pomiędzy wyglądem zewnętrznym budynku i stanem klatki schodowej a mieszkaniami. Mieszkania były zadbane i wychuchane, wszystkie części zewnętrzne - w stanie rozpaczliwym. Dopiero pod koniec PRL pozwolono je zagospodarowywać. Wtedy natychmiast w blokach pojawiły się odgradzane korytarze. Za kratą już było posprzątane i stały donice z kwiatami.
Źródło: Gazeta Wyborcza