http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

26 maja 1828 r. Obcy

Włodzimierz Kalicki
2011-05-29, ostatnia aktualizacja 2011-05-26 15:49

Ktoś wpada na pomysł, by dać nieznajomemu pióro, kałamarz i kartkę papieru. Może coś ciekawego nabazgrze? Chłopiec uśmiecha się, ujmuje pióro dość pewnym gestem i kreśli: "Kaspar Hauser"

Kaspar Hauser na angielskiej rycinie
Fot. EAST NEWS
Kaspar Hauser na angielskiej rycinie
Choć to już 4 po południu, ulice Norymbergi są puste. Dziś jest drugi dzień święta Zesłania Ducha Świętego, więc kto żyw, wyjeżdża na wieś albo chociaż na podmiejską majówkę. Szewc Weissmann, który przez cały dzień obijał się przed swoim domkiem przy placu Unschlitt, nieopodal tak zwanej małej Bramy Hallera, rusza w stronę miejskiej Nowej Bramy. Po drodze spostrzega chłopca ubranego z wiejska, w okrągłym kapeluszu i szarej kurtce. Chłopiec zachowuje się jak pijany. Usiłuje iść, ale kroki w butach na obcasie stawia z najwyższym trudem, jakby ziemia parzyła. Nie potrafi zachować równowagi i rozpostartymi ramionami próbuje złapać balans - tak jak czynią to linoskoczkowie.

Weissmann zagaduje go. W odpowiedzi nie-znajomy wręcza mu trzymany w ręce list. Na złożonej kartce jest adres: "Do szlachetnie urodzonego kapitana 4. szwadronu 6. Regimentu Lekkiej Kawalerii w Norymberdze". Szewc prowadzi chłopca do miejskiego strażnika. Strażnik drapie się po głowie i już ma rozwiązanie zagadki: 4. szwadronem dowodzi kapitan von Wessenig i na pewno list adresowany jest do niego. Von Wessenig ma dom nieopodal, koło Nowej Bramy. Szewc i strażnik prowadzą tam chłopca. Dla niego to droga przez mękę - stawia nieporadnie stopy na bruku, zatacza się, jęczy z bólu. Wygląda to tak, jakby miał bardzo chore stopy lub w ogóle nie potrafił chodzić.

Strażnik dzwoni do drzwi domu kapitana. Otwiera służący. I nagle chłopiec po raz pierwszy odzywa się w zrozumiały sposób. "Chcę być taki, jaki był mój ojciec". Na wszystkie inne pytania kapitańskiego sługi i strażnika odpowiada tylko: "Nie wiem". Wymowę ma niechlujną, wiejską.

Von Wesseniga nie ma w domu, będzie za godzinę, może dwie. Chłopiec wygląda na skrajnie wyczerpanego, głodnego i spragnionego. Służący kapitana daje mu kawałek mięsa. Gdy jednak nieznajomy bierze go do ust, zaczyna się trząść, a jego twarz wykrzywia grymas nieprzepartego obrzydzenia. Wypluwa mięso czym prędzej. Zdziwiony służący daje mu do picia szklankę piwa. I znów to samo - po spróbowaniu chłopiec wypluwa piwo z obrzydzeniem. No to może chleb? Kęs ciemnego chleba dziwny przybysz pochłania z widoczną przyjemnością. A do popicia woda? Tak, czystą wodę pije łapczywie, z rozkoszą.

Służący, domownicy i strażnik miejski próbują dowiedzieć się czegokolwiek od chłopca. Ale on zachowuje się, jakby niczego nie rozumiał. Na pytania odpowiada piskliwym płaczem, chrząkaniem, chrumkaniem, przywodzącym odgłosy wydawane przez trzodę, a w ostateczności ciągle tym samym zdaniem: "Chcę być taki, jaki był mój ojciec", lub: "Chcę być jeźdźcem jak mój ojciec". Domownicy w końcu biorą przybysza za jakiegoś dzikusa i polecają służącemu zaprowadzić go do stajni. Nieznajomy natychmiast kładzie się na pierwszej lepszej wiązce siana i zasypia kamiennym snem.

Kapitan wraca po dwóch godzinach, idzie obejrzeć dziwoląga. A ten śpi. Służący potrząsa nim. Bez rezultatu. Daje mu parę kuksańców, szarpie za uszy. Nic. Kapitan i sługa stawiają śpiącego na nogi. Dalej śpi. Puszczają go. Wali się jak kłoda na siano i śpi. Sprawia wręcz wrażenie trupa, tylko że ciepłego. Wreszcie chłopiec otwiera oczy. Na widok kolorowego, błyszczącego munduru kapitana von Wesseniga zrywa się na równe nogi. Dotyka uniformu z podziwem, śmieje się i znów mówi, że chce być jeźdźcem jak jego ojciec.

Strażnik podaje kapitanowi list, który chłopiec trzymał w ręku. Von Wessenig rozkłada kartkę i czyta list napisany po niemiecku, tradycyjnym krojem liter, tak zwaną szwabachą: "Od człowieka z Bawarii. Miejsce nieznane. 1828. Do Wysoko i szlachetnie urodzonego kapitana kawalerii!

Wysyłam panu chłopca, który chciałby wiernie służyć swojemu królowi, o co uprasza. Chłopiec ten został mi przekazany 7 października 1812 roku, a ja sam, będąc biednym robotnikiem dniówkowym posiadam dziesięcioro dzieci i sam mam już czym się zajmować, a jego matka zostawiła chłopaka po to, żeby był wychowywany, ale ja nie byłem w stanie znaleźć jego matki i również nie powiedziałem nic Sądowi Prowincjonalnemu że ten chłopiec został mi przekazany. Pomyślałem sobie, że muszę go wziąć jako mojego syna, wychowałem go na chrześcijanina i od 1812 roku nie pozwalałem mu w ogóle wychodzić z domu, po to by nikt nie znał miejsca w którym został wychowany, i on sam nie wie, jaką nazwę nosi mój dom ani nie zna nazwy miejsca, więc możecie go pytać ile chcecie, ale on nie może wam nic odpowiedzieć, czytania i pisania już go nauczyłem, może pisać moim pismem, jak ja piszę, a kiedy pytamy go kim chce zostać, mówi że chce być szwoleżerem, jak jego ojciec, gdyby miał rodziców, których nie miał, byłby wykształconym chłopcem. Wystarczy, że pokażecie mu coś raz i będzie umiał to zrobić. Ja tylko pokazałem mu drogę do Neumark, a stamtąd on musiał iść do was samodzielnie powiedziałem mu że kiedy będzie żołnierzem przyjdę i zabiorę go do domu, w przeciwnym razie będzie w tarapatach. Szlachetny Kapitanie: nie powinien go Pan mordować pytaniami: on nie wie gdzie ja jestem, zabrałem go stamtąd w środku nocy on nie wie jak dotrzeć do domu. Ja prawdziwie wam oddany człowiek nie chcę aby moje nazwisko było wam znane ponieważ mógłbym być ukarany. On nie ma przy sobie złamanego centa, ponieważ ja sam nic nie mam, więc jeśli nie możecie go zatrzymać, będziecie go musieli zarżnąć lub powiesić w kominie".

List napisano okropną niemczyzną, z chłopskimi naleciałościami, bez znaków przestankowych.

No, dobre sobie. Domownicy i strażnik zdumieni przyglądają się to chłopcu, to znów kapitanowi. Von Wessenig wzrusza ramionami i stwierdza, że nie ma pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, a chłopca widzi pierwszy raz w życiu. Sługa przeszukuje kieszenie kurtki chłopca. Znajduje jeszcze jeden list, także pisany po niemiecku, ale alfabetem łacińskim, na starym papierze: "Dziecko jest już ochrzczone nazywa się Kasper będziecie musieli sami dać mu nazwisko to dziecko będziecie musieli wychować jego ojciec był szwoleżerem kiedy będzie miał siedemnaście lat wyślijcie go do Norymbergi do Szóstego Regimentu

Szwoleżerów tam był też jego ojciec proszę abyście wychowali go do siedemnastego roku życia urodził się on 13 kwietnia w roku 1812 jestem biedną małą dziewczyną nie mogę chłopca wykarmić jego ojciec nie żyje".

Podpisu pod liścikiem, pozbawionym znaków przestankowych i z pospolitymi błędami, nie ma.

Von Wessenig poleca zabrać nieznajomego do siedziby miejskiej policji. Tam policjanci zabierają się do oglądu odzieży chłopca. Pierwsze odkrycie: sukienny, wiejski z wyglądu kapelusz od wewnątrz wyścielany jest nietanim, żółtym jedwabiem. Hm...

Z półbutów na wysokim obcasie, dość zgrabnych, wystają bose stopy chłopca. Policjanci zdejmują buty i stwierdzają, że ktoś podbił je gwoźdźmi używanymi do podkuwania koni. No, no...

Szara kurtka ma chłopski krój. Nieuważni policjanci przeoczają, że została uszyta z eleganckiego niegdyś dworskiego fraka, od którego tyłu obcięto tak zwane jaskółki. Ktoś ordynarnie wręcz zeszył górę, zwężając oryginalny frak na miarę dziecka.

Koszula z surowego lnu niczym nie różni się od chłopskich koszul z tych terenów, ale już bardzo stary, sprany płócienny podkoszulek w czerwone grochy na pewno nie pochodzi z wiejskiej chałupy.

No i spodnie. Szare, wzmocnione materiałem pomiędzy nogami, na modłę spodni jeździeckich, najpewniej należały kiedyś do jakiegoś służącego, stajennego, może leśnika, ale nie chłopa.

W kieszeni policjanci znajdują czerwoną chustę w kratkę z wyhaftowanym czerwoną nicią monogramem "KH", jakiś klucz niemieckiego wyrobu oraz niewielką kopertę. A w niej - resztki złotego pyłu! A to ci dopiero...

Druga kieszeń nie kryje już takich rewelacji. Jest wypchana typowymi broszurami dewocyjnymi o budujących tytułach: "Stróż duchowy", "Duchowa niezapominajka", "Modlitwa do św. Krwi". A do tego - rogowe paciorki do modlitwy.

Policjanci oglądają stopy chłopca. Nie ma na nich żadnych śladów noszenia kiedykolwiek butów poza świeżutkimi, dzisiejszymi pęcherzami. Dłonie ma delikatne, palce smukłe, wręcz szlachetnego kroju. Dziwnie je trzyma: wskazujący i kciuk zawija w kółko, reszta wyprostowana. I tak u obu rąk.

Chłopiec jest krępy, ale proporcjonalnie zbudowany. Na oko wygląda, że ma 16 wiosen.

Ktoś wpada na pomysł, by dać nieznajomemu pióro, kałamarz i kartkę papieru. Może coś ciekawego nabazgrze? Chłopiec uśmiecha się, ujmuje pióro dość pewnym gestem i kreśli: "Kaspar Hauser". To wszystko, co potrafi napisać.

  • 11
  • 2
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':