Teheran
O północy czasu lokalnego w szpitalu w Teheranie na atak serca umiera ajatollah Ruhollah Chomeini. Lekarze zdecydowali się operować go, mimo że miał już prawie 90 lat. Wiadomość o śmierci ojca islamskiej rewolucji, który doprowadził do upadku cesarstwa i przez dziesięć lat sprawował w Iranie właściwie absolutną władzę, rozchodzi się błyskawicznie. O pierwszej w nocy na ulice wychodzi coraz więcej mieszkańców Teheranu. Słychać żałobne zawodzenia i okrzyki: "Dlaczego nas teraz zostawiłeś?". O drugiej w nocy patrole uzbrojonych po zęby tak zwanych strażników rewolucji islamskiej zajmują najważniejsze place i skrzyżowania w mieście. W tłumie czuć rosnący niepokój.
Pekin
O 1 po północy czasu lokalnego w Pekinie, w rejonie na zachód od placu Tiananmen, tłum cywilów cofa się w stronę zachodniego końca alei Nan Chizi i gromadzi się wokół głównej bramy Biura Bezpieczeństwa Publicznego. Od wschodniej strony miasta nadjeżdża autobus ze znakami Czerwonego Krzyża. Wolontariusze zabierają rannych i autobus rusza dalej. W chwilę później grupa żołnierzy bez ostrzeżenia ostrzeliwuje go z kałasznikowów. Ranni i ich opiekunowie rzucają się na podłogę. Pociski rozbijają wszystkie szyby. Jeden z wolontariuszy wystawia flagę ze znakiem Czerwonego Krzyża. Żołnierze przestają strzelać. Jednak gdy tylko autobus rusza, pociski znów dziurawią karoserię. Kierowca ostrożnie, powoli wycofuje pojazd. W szpitalu Xicha, na wschód od placu Tiananmen, jest tylu rannych, że brakuje środków opatrunkowych. Lekarze mówią, że wojsko zabroniło wyjeżdżać karetkom na miasto. Wolontariusze pomagają opatrzyć rannych i ruszają pieszo z powrotem na plac.
Od trzech godzin przez Pekin przebijają się zmotoryzowane kolumny wojska, zmierzając koncentrycznie w stronę opanowanego przez studentów placu Tiananmen. Trzy godziny temu premier Li Peng rozkazał armii, by do świtu 4 czerwca zajęła plac i usunęła protestujących. W razie stawiania oporu zezwolił na użycie broni bez ostrzeżenia. Chińscy żołnierze już w pierwszych minutach inwazji zmasakrowali tłum w pobliżu mostu Muxidi, kilka kilometrów na zachód od placu Tiananmen. Natarcie czołgów i transporterów idzie jednak powoli. Ulice Pekinu poprzecinane są barykadami. Zdesperowani cywile obrzucają wojsko kamieniami i butelkami z benzyną.
Tak kończy się siedmiotygodniowa epopeja pokojowej walki chińskich studentów o demokratyczne reformy. 15 kwietnia pierwsi z nich przyszli na plac Tiananmen, by uczcić pamięć zmarłego tego dnia byłego sekretarza partii, zwolennika reform Hu Yaobanga. Trzy dni później studenci rozpoczęli okupację placu pod hasłami demontażu tyranii komunistów. Podjęta parę dni później przez władze próba usunięcia demonstrantów nie powiodła się. W połowie maja demonstrujący studenci rozpoczęli głodówkę. Fala demonstracji rozlała się niemal po wszystkich wielkich miastach Chin. Przed dwoma tygodniami władze wprowadziły stan wyjątkowy, do Pekinu skierowały silne jednostki wojskowe. Demonstranci zatrzymali je jednak na przedmieściach stolicy.
Wielotysięczne rzesze na placu z dnia na dzień były coraz bardziej radykalne w swych żądaniach, coraz bardziej zdesperowane. Przed tygodniem studenci Akademii Sztuk Pięknych wyrzeźbili w styropianie kilkumetrową kopię amerykańskiej Statui Wolności. Przed dwoma dniami intelektualista Liu Xiaobo, znany piosenkarz z Tajwanu Hou Dejian, socjolog Zhou Duo i dziennikarz Gao Xin rozpoczęli na placu głodówkę.
O 1.20 w alei Qianmen oddziały wojsk lotniczych ruszają ciasną tyralierą w stronę restauracji sieci Kentucky Fried Chicken. Przed restauracją stoi gęsty tłum. W stronę żołnierzy lecą kamienie i butelki z koktajlem Mołotowa. Nikt nie zważa na wycelowane lufy kałasznikowów. Lotnicy strzelają z odległości kilkudziesięciu kroków. Padają dziesiątki zabitych i rannych. W pawilonie Kentucky Fried Chicken pocisk rozrywa głowę jakiegoś mężczyzny. Jego mózg obryzguje stoliki i ladę.
Nad placem chrypią rozwieszone na szczycie Wielkiej Hali rządowe megafony wielkiej mocy. O 1.30 władze nadają przez nie "Dekret nr 1 Ludowego Rządu Miasta Pekinu" i dowództwa stanu wyjątkowego. W dekrecie stwierdza się, że "zamieszki przekształciły się w kontrrewolucyjną rebelię", a plac Tiananmen stał się targowiskiem bzdurnych plotek. Spiker żąda, by wszyscy znajdujący się na placu natychmiast opuścili go.
Przed trybuną, z której władze odbierały oficjalne parady, pojawia się duży oddział piechoty. Osiemnastoletni student Szkoły Wychowania Fizycznego Zhang Jian, jeden z członków pikiety broniącej części placu, gdzie znajdowała się trybuna, podchodzi do dowodzącego oddziałem oficera i głośno mówi: "Armia Ludowa kocha lud!". Oficer wyciąga pistolet i z odległości dziesięciu metrów trzy razy strzela studentowi w nogę. Koledzy odciągają rannego i zanoszą do autobusu linii 121, by odwieźć go do szpitala. Autobus jest teraz właściwie czymś w rodzaju ambulansu. Na podłodze leżą ciężko ranni. W drodze do szpitala umierają trzy osoby.
Ciężkie walki toczą się wokół placu, także w dalszych dzielnicach i na przedmieściach. Żołnierze strzelają do cywilów jak do kaczek - celują tak, by zabić. Giną setki ludzi. Rozwścieczeni cywile atakują ich, rzucając kamienie i butelki z benzyną. Gdy rzucają je z okien domów, wojsko strzela z karabinów maszynowych po oknach i balkonach. Gdzieniegdzie cywilom udaje się w ciemnościach, w zamęcie walki, dopaść grupkę żołnierzy, podpalić czołg, transporter opancerzony. Tej nocy nie ma litości. Kilkudziesięciu żołnierzy i oficerów zostaje żywcem spalonych.
Na placu Tiananmen ciągle jest dość spokojnie. O 3 w nocy czwórka głodujących przywódców protestów zdaje sobie sprawę, że plac otoczyło wojsko i tylko południowa strona nie jest zablokowana. Zewsząd dochodzą odgłosy gwałtownej strzelaniny. Przywódcy przekonują demonstrantów, że kontynuowanie oporu nie ma sensu. Liu Xiaobo perswaduje: "Dzieciaki, nie ma powodu ponosić dalszych ofiar".
Ale niektórzy ze studentów nie chcą się poddawać. W czasie kłótni wychodzi na jaw, że przy pomniku Bohaterów kąpani w gorącej wodzie studenccy rebelianci schowali karabin, kilka pistoletów, ręczne granaty domowej roboty zrobione z puszek po piwie. Czwórka przywódców odbiera ten arsenał i ukrywa w zalegających wszędzie śmieciach.
Hou Dejian i Zhou Duo konsultują się z lekarzami z ambulansu, który dotarł pod pomnik Bohaterów jeszcze przed zablokowaniem ulic przez wojsko, jak uchronić tysiące studentów przed masakrą. Lekarze radzą, by rozmawiać z dowódcą oddziałów otaczających tłumy wokół pomnika. Hou Dejian i Zhou Duo wsiadają z dwoma lekarzami do ambulansu. Karetka wolno rusza w stronę szpalerów żołnierzy.
Obaj przywódcy studentów wysoko w górze trzymają białą chustkę. Żołnierze grożą, że ich zastrzelą, ale na szczęście zbliża się oficer z trzema gwiazdkami na mundurze. Hou i Zhou proponują oficerowi, że wszyscy studenci wyjdą z placu pod warunkiem otrzymania gwarancji bezpieczeństwa. Wojskowy telefonuje do zwierzchnictwa i uzyskuje zgodę na ich warunki.
Większość studentów karnie ustawia się w kolumny, które ruszają w stronę nieobsadzonego przez wojsko południowo-wschodniego krańca placu. Część studentów śpiewa "Międzynarodówkę".
Wielu żądnych walki, nielękających się śmierci protestujących ociąga się jednak z wymarszem. Punktualnie o 4 gasną światła wokół Tiananmen. Wojsko liczy, że studenci nie wytrzymają tej psychologicznej presji. Po 40 minutach światła zostają włączone i od północnego krańca placu rusza w kierunku pomnika szpaler żołnierzy. Za nimi posuwają się transportery opancerzone i czołgi. Miażdżą wszystko, co pozostało na placu: puste już namioty, kartony, śpiwory. Jeden z czołgów obala i miażdży styropianową Statuę Wolności.
Ale kilka tysięcy najbardziej zdeterminowanych studentów nie chce odejść od pomnika. Hou Dejian nadaremno przekonuje ich, że to jedyna sensowna decyzja.
O 5 nad ranem studenci z południowej strony pomnika wychodzą w zwartej grupie. W alei Qianmen usiłują, tak jak przed dwiema godzinami tysiące ich wychodzących kolegów, rozproszyć się i ukryć przed oprawcami w mundurach. Nic z tego. Żołnierze biją ich kijami, wyłapują część z nich, do niektórych strzelają.
Część z liczącej około 3 tysięcy osób grupy studentów po północnej stronie pomnika nie chce odejść. Słychać tam krzyki i pojedyncze strzały, które szybko przechodzą w trwającą pół godziny kanonadę broni maszynowej.