Dochodzi 11 rano, gdy przed budynkiem domu zakrystialnego cerkwi prawosławnej przy ul. Zygmuntowskiej nr 13 na warszawskiej Pradze wysiada z dorożki brodaty mężczyzna w średnim wieku. Przed bramą zatrzymuje go policjant - w tym domu mieszka prawosławny metropolita warszawski arcybiskup Jerzy, który obawiając się zamachu na swoje życie, poprosił władze państwowe o ochronę. Odźwierny kiwa głową, że to swój, archimandryta Smaragd. Policjant wpuszcza przybysza do gmachu. Archimandryta idzie od razu do sekretariatu i prosi o posłuchanie u arcybiskupa Jerzego. Metropolita przed południem jest zajęty. Smaragd prosi więc o audiencję o 15 lub najwyżej 16, bo później nie zdąży na pociąg, Jerzy twardo odpowiada jednak, że to niemożliwe, że najwcześniej może przyjąć niezapowiedzianego gościa o 18. Smaragd zgadza się i wychodzi. Przysłuchujący się tej rozmowie dwaj sekretarze arcybiskupa Jerzego, diakon Szatecki oraz świecki sekretarz Kostecki, oddychają z ulgą. Rozmowa była poprawna, wręcz grzeczna, a przecież wszyscy księża w polskiej Cerkwi wiedzą o konflikcie między metropolitą i archimandrytą.
Arcybiskup Jerzy - Jurij Jaroszewskij - jest z pochodzenia Ukraińcem, urodził się 51 lat temu w guberni podolskiej w rodzinie proboszcza parafii prawosławnej. Już w najmłodszych latach zdecydował się na życie kapłańskie. Kolejne szczeble w hierarchii rosyjskiej Cerkwi osiągał bardzo szybko - w wieku 31 lat został rektorem seminarium duchownego w Tule, a już trzy lata później odbyła się jego chirotonia, czyli udzielenie święceń, na biskupa kaszyrskiego. W 1910 roku został rektorem Petersburskiej Akademii Duchownej, obronił
doktorat z homiletyki, pracował w komisji Cerkwi do spraw dialogu z anglikanami. W czasie wojny światowej został biskupem mińskim i turowskim. Po rewolucji lutowej wcale nie wykazywał entuzjazmu z powodu obalenia caratu. Przez młodszych księży prawosławnych uznawany za stetryczałego biurokratę, nienadążającego za zmianami porewolucyjnego świata, latem 1917 roku wyjechał z Mińska na Sobór rosyjskiej cerkwi i już nie wrócił. Tuż po rewolucji bolszewickiej został wyniesiony do godności arcybiskupiej i wkrótce potem wyjechał na Chalki, najmniejszą, zamieszkiwaną zaledwie przez niespełna dwustu mieszkańców wysepkę greckiego archipelagu Dodekanez na Morzu Śródziemnym. Tam w ciągu niespełna roku napisał po grecku kilka szkiców o najnowszych dziejach rosyjskiej Cerkwi.
Ale w 1919 roku znienacka wyruszył w pole. Dosłownie w pole - dołączył bowiem do wojsk białych i został biskupem eparchii charkowskiej, w granicach obszaru kontrolowanego przez oddziały kontrrewolucyjne. Po zwycięstwie bolszewików zdołał ewakuować się z grupą księży prawosławnych z portu w Noworosyjsku. Przez
Stambuł, Saloniki dotarł do Włoch, gdzie przyjął obowiązek zarządzania rosyjskimi parafiami prawosławnymi.
I właśnie we Włoszech wypatrzyła go dyplomacja odrodzonego państwa polskiego. Dla rządów II RP wyszukanie odpowiedniego kandydata na zwierzchnika Cerkwi w Polsce, kandydata, który przeprowadziłby uniezależnienie jej od Cerkwi rosyjskiej, miało pierwszorzędne znaczenie polityczne. Abp Jerzy zaś podczas sondażowych rozmów we Włoszech z wysłannikami polskiego rządu zadeklarował, że doprowadzi do uniezależnienia prawosławia w Polsce od patriarchy moskiewskiego. Zaraz po jego przyjeździe do Polski władze państwowe odsunęły od zarządzania diecezją chełmsko-warszawską biskupa grodzieńskiego Włodzimierza - tymczasowym biskupem chełmsko-warszawskim został Jerzy. W sprawie autokefalii abp Jerzy zrazu kluczył, ale w końcu, już po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej, w rozmowach w Moskwie z patriarchą moskiewskim i całej Rusi Tichonem wystąpił o przyznanie polskiej Cerkwi niezależności. Przekonywał Tichona, że tylko autokefalia Cerkwi w Polsce zapobiegnie konfliktom prawosławnych wiernych z państwem. Patriarcha Tichon zgody na autokefalię nie dał, zatwierdził jednak Jerzego na diecezji chełmsko-warszawskiej. Arcybiskup krok po kroku, ze wsparciem rządu, parł do ustanowienia autokefalii. Część prawosławnych biskupów i duchownych uważała jednak, że usamodzielnienie Cerkwi w Polsce byłoby sprzeczne z prawem kanonicznym. Abp Jerzy przeciwników autokefalii zignorował, pospiesznie wyświęcił na biskupa zwolennika autokefalii archimandrytę Aleksandra i zwoławszy sobór biskupów (w liczbie trzech zwolenników uniezależnienia Cerkwi w Polsce), doprowadził do formalnego złożenia wniosku o ustanowienie autokefalii w Patriarchacie w Konstantynopolu.
Wśród prawosławnych księży w Polsce nie brakuje przeciwników polityki abp. Jerzego. Jednym z nich jest archimandryta Smaragd, Rosjanin Paweł Łatyszenkow, który otwarcie występuje przeciw arcybiskupowi. W zeszłym roku Smaragd miał zostać biskupem słuckim, ale chirotonię zablokował abp Jerzy. Pod pozorem porzucenia eparchii przez Smaragda metropolita suspendował archimandrytę. Smaragd później udowodnił, że mieszkał wtedy u chorego ojca, ale Jerzy swej decyzji nie zmienił. O 19 archimandryta Smaragd znów zjawia się przed bramą domu przy Zygmuntowskiej. W sekretariacie abp. Jerzego Smaragd rozmawia dłuższą chwilę z oboma sekretarzami metropolity. Ze swego gabinetu wychodzi metropolita, prosi Smaragda do środka, zamyka drzwi na klucz. Zaniepokojeni sekretarze decydują się podsłuchiwać rozmowę przez drzwi, ale głosy metropolity i archimandryty są spokojne.
Mija godzina. W sekretariacie zjawia się metropolita wołyńsko-krzemieniecki abp Dionizy i pyta sekretarzy, czy mógłby rozmawiać z Jerzym. Kostecki puka i usiłuje wejść, ale drzwi są nadal zamknięte. Pyta więc przez nie, czy gość będzie przyjęty. Abp Jerzy także przez drzwi odpowiada, by Dionizy zaczekał w saloniku.
Sekretarz odprowadza abp. Dionizego do salonu gościnnego, sam zaś wraca do sekretariatu. Ledwie zaczyna przerwaną rozmowę z Szateckim, gdy za drzwiami gabinetu Jerzego rozlega się strzał. Po nim drugi. I jeszcze trzeci.
Kostecki z diakonem Szateckim zrywają się na nogi. Drzwi gabinetu metropolity otwierają się. Z czerwoną jak burak twarzą wybiega z nich archimandryta Smaragd. Najwyraźniej z emocji traci orientację i wbiega do saloniku, w którym na rozmowę oczekuje abp Dionizy. Nie widzi drzwi wyjściowych i wraca do sekretariatu. Dostrzega Szateckiego i nagle ostro pyta: "A ty kto!?".I nie czekając na odpowiedź, woła: "Zabiłem metropolitę!". Smaragd robi jeszcze dwa kroki ku wyjściu, po czym opada na krzesło.
Sekretarze i metropolita Dionizy wpadają do gabinetu gospodarza. Metropolita leży na podłodze, na boku. Z rany na skroni sączy się wąski strumyczek krwi. Policjant sprzed bramy alarmuje pobliski posterunek na Wileńskiej 11. Niemal natychmiast przyjeżdżają zastępca komendanta warszawskiej policji Henryk Charlemagne i naczelnicy wydziału śledczego Sonneberg i Kurnatowski. Sędzia śledczy Jerzy
Luksemburg zjawia się parę minut po policjantach. Podczas rewizji funkcjonariusze znajdują w kieszeni Smaragda potężny pistolet Steyr-Hahn. Zabójca strzelał trzy razy, trafił raz - w skroń.
Podczas przesłuchania Łatyszenko zeznaje, że zabił, bo metropolita go skrzywdził, suspendował na podstawie niesprawdzonych, fałszywych donosów. Skrzywdził też czterech archijerejów - dwóch z nich za drobne wykroczenia zmusił do wyjazdu z Polski.
O głównym sporze z ofiarą, o autokefalię Cerkwi w Polsce, zabójca wobec przedstawicieli władz państwowych przytomnie nawet się nie zająknął.