http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

1 lutego 1931. Strzelił, ale parę głębszych

Włodzimierz Kalicki
2012-02-05, ostatnia aktualizacja 2012-02-02 17:53
Postrzelony Witold Pórzycki
Postrzelony Witold Pórzycki
Fot. Biblioteka Narodowa

Przed pałacem Paca w Warszawie, w którym mieści się sąd okręgowy, około 11.30 rano pojawiają się dawno tu niewidziane tłumy. Wszyscy chcą dostać się na salę rozpraw, w której toczy się proces domniemanych spiskowców PPS, wedle aktu oskarżenia usiłujących dokonać zamachu na życie marszałka Józefa Piłsudskiego

W reprezentacyjnej sali sądowej, tzw. balowej, z przepięknymi kolumnadami i ogromnymi kandelabrami, wcale nie jest lepiej. Mija godz. 12, mija 12.30, dochodzi 13, a sądu jak nie ma, tak nie ma - a przecież otwierającą dzisiejszą rozprawę mowę oskarżyciela publicznego przewidziano na godz. 12.00.

Na widowni co rusz wybuchają sprzeczki i połajanki. Wreszcie pojawiają się stenografowie i z braku obycia na sali kolumnowej niebacznie zajmują miejsca kilku sprawozdawców sądowych prasy, którzy akurat przeprowadzają wywiady wśród publiczności. Zaczyna się kolejna awantura. Napięcie sięga zenitu.

Proces toczy się od czterech dni i aż do dziś nie wzbudzał wśród publiczności zainteresowania (co innego w kręgach politycznych oraz w świecie - na procesie zjawili się korespondenci m.in. prasy niemieckiej, szwajcarskiej, sowieckiej, brytyjskiej, amerykańskiej). Prokuratura oskarża bojowca milicji PPS Piotra Jagodzińskiego, byłego posła socjalistycznego, komendanta zbrojnej milicji PPS Józefa Dzięgielewskiego oraz członków milicji PPS Dominika Trochimowicza, Józefa Białkowskiego i Franciszka Markowskiego o przygotowanie zamachu bombowego na marszałka Piłsudskiego.

Przygotowywać go miał Piotr Jagodziński. Wedle oskarżenia Jagodziński jesienią zeszłego roku utworzył, jak za lat rewolucji 1905, zakonspirowaną "piątkę" bojowców milicji PPS. Podwładnych ze swej "piątki" - Trochimowicza, Białkowskiego, Ewarysta Chróścickiego oraz Witolda Pórzyckiego - poinformował, że wkrótce osobiście dokona zamachu na Piłsudskiego, rzucając w jego samochód w Alejach Ujazdowskich bombę, oni zaś ogniem rewolwerów mają osłaniać jego akcję i odwrót.

Jagodziński ma w partii ogromny autorytet. Podczas rewolucji 1905 roku jako 17-latek brał udział w zamachu na generał-gubernatora warszawskiego Skałłona. Wskutek wsypy został osaczony i ciężko raniony przez kozaków, gdy wzdłuż torów dźwigał bomby i paczki dynamitu. Mimo niepełnoletności skazano go na śmierć; ułaskawiony w ostatniej chwili odsiedział dziesięć lat katorgi na Syberii. Mimo tak wielkiego autorytetu Jagodzińskiego w przeddzień zamachu - wedle prokuratury - w bojowcu Pórzyckim odezwało się sumienie i uczucia patriotyczne i powiadomił o knowaniach policję. W październiku zeszłego roku policja aresztowała członków "piątki" Jagodzińskiego oraz paru działaczy socjalistycznych.

Na sali sądowej akt oskarżenia zaczął się jednak pruć jak stara wełniana skarpetka. Jagodziński wspomagany przez śmietankę stołecznych adwokatów, m.in. Berensona, Honigwilla, Gackiego, wykazał, że powołanie "piątki" i fikcyjne przygotowania do zamachu były jego prowokacją mającą ujawnić policyjną wtykę w milicji PPS. Agentem okazał się Pórzycki, który na sugestię Jagodzińskiego, że bombę rzuci się w kogoś ważnego z sanacji, sam zasugerował, że chodzi o "Wąsala", czyli Piłsudskiego. Jagodziński tylko nie zaprzeczył.

Pórzycki w podczas przesłuchania przez obrońców oskarżonych musiał przyznać, że z policją polityczną współpracuje od dawna. Całkiem zaś nie umiał wytłumaczyć, dlaczego zamiast od razu zgłosić przygotowania Jagodzińskiego, ochoczo brał udział w spisku i tylko dopytywał się, jakiej konstrukcji ma być bomba.

Przedwczoraj, w przedostatnim dniu procesu, dla bezstronnych obserwatorów było już jasne, że cały ten zamach to sprawa dęta, rozdmuchana przez policję polityczną i władze sanacyjne, a wyrok może zapaść całkiem nie po myśli oskarżenia.

I wtedy gruchnęła wieść, że na filar oskarżenia, Witolda Pórzyckiego, dokonano rano zamachu.

Na sali sądowej jest aż biało od płacht porannych gazet. Wszystkie donoszą o wczorajszym zamachu na agenta policji. Wedle złożonych przez niego zeznań wczoraj wczesnym rankiem, gdy wyszedł w Warszawie z biura kas chorych, dwóch nieznanych mu mężczyzn przedstawiło się jako wywiadowcy policji i polecili mu wsiąść do czekającego samochodu osobowego. Zamiast na posterunek policji mieli jednak wywieźć go pod Rembertów, gdzie odebrali mu belgijskiego browninga kaliber 7,65 mm. Gdy Pórzycki wysiadł, z jego własnej broni mieli strzelić mu w głowę. Pistolet, o dziwo, podłożyli pod głowę postrzelonego.

Pórzycki długo miał leżeć, ledwo przytomny, ale nikt nie zatrzymywał się. Dopiero wojskowy szofer wojskowej ciężarówki Biedrzycki zawiózł rannego na policję.

Ciężko ranny Pórzycki zaszył się w domu teściów na Freta 45. Najwyraźniej jednak nie był tak ciężko ranny, jak ogłosiła policja, gdyż wylewnie opowiedział sędziemu śledczemu Zandowi o zamachu na siebie. Policja postawiła na Freta 45 dwa wzmocnione posterunki.

Na widowni sądu huczy od plotek i domysłów - kto strzelał do Pórzyckiego?

Z ponad 1,5-godzinnym opóźnieniem na salę rozpraw wkracza wysoki sąd. Poproszony przez przewodniczącego rozprawie sędziego Zygmunta Neumana o zabranie głosu prokurator Witold Grabowski przeprasza, że mowy oskarżycielskiej nie wygłosi, a zamiast niej składa wniosek o wznowienie zamkniętego przed dwoma dniami przewodu sądowego. Powodem jest nowa okoliczność mająca związek z procesem o przygotowanie zamachu na marszałka Piłsudskiego.

- Mianowicie na jednego ze świadków w tej sprawie, badanego tu przed kilku dniami Pórzyckiego, dokonano wczoraj zamachu usiłowania zabójstwa - wyjaśnia prok. Grabowski.

Na sali zapada cisza jak makiem zasiał. Sędzia Neuman pyta obronę, czy zgłasza jakieś wnioski.

Obrońcy proszą o okazanie im protokołów ze śledztwa w sprawie postrzelenia Pórzyckiego. Sąd wydaje protokóły i na kwadrans opuszcza salę. Na widowni wybucha harmider. Podczas gdy czołowi warszawscy adwokaci studiują papiery policji i sędziego śledczego, widzowie przekrzykują się, szturchają i przepychają.

Po kwadransie sędziowie wracają, a obrońcy składają formalny wniosek. Mec. Leon Berenson w imieniu własnym i kolegów z ławy obrończej stwierdza w nim, że zamach na Pórzyckiego nie ma związku z rozprawą przeciw bojowcom PPS, tym bardziej że żadnego zamachu na Pórzyckiego nie było. Wnioskuje o powołanie na świadków urzędnika Kasy Chorych z Rembertowa Mikołaja Małachowskiego, mieszkańca Rembertowa Andrzeja Graczyka oraz małżeństwo Jamborów, właścicieli restauracji Kawiarnia Wójtowska w Rembertowie, którzy pod przysięgą zeznają, że Pórzycki, który w śledztwie zeznał, że postrzelony w głowę został parę minut po 9 rano, między 11 a 12 tegoż dnia jadł śniadanie w restauracji Jamborów, żywo popijając je wódką.

- Wnoszę o ustalenie przez wysoki sąd, czy człowiek leżący w rowie po dokonaniu nań zamachu i postrzeleniu go w głowę może jednocześnie jeść kolację i pić wódkę - mec. Berenson składa ten wniosek z lodowatą uprzejmością.

Prokurator poprawia przejęzyczenie adwokata - chodzi rzecz jasna o śniadanie, a nie o kolację - ale dziś to jedyny sukces oskarżenia. Prok. Grabowski wnioskuje, że w razie gdyby sąd wniosek obrony miał zamiar serio rozpatrzyć, oskarżenie powołuje na świadków Pórzyckiego, naturalnie gdy dojdzie do zdrowia, oraz lekarza, który go badał po zamachu.

Sąd odracza rozprawę o dwa tygodnie. Publiczność opuszcza salę wśród śmiechu i drwin.

  • 2
  • 1
  • 1
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':