http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

21 grudnia 1927 r. Pamięć w płomieniach

Włodzimierz Kalicki
2011-12-25, ostatnia aktualizacja 2011-12-21 11:11

po południu w piecu centralnego ogrzewania zamku w Dzikowie lądują kolejne łopaty węgla. Wszystko na nic. Lód nadal zatyka rury wodociągowe, szczególnie na nieogrzewanym strychu. Późnym wieczorem służba zaczyna rozgrzewać lampami benzynowymi zamarznięte rury, lecz pojmują, że tego dnia udrożnić się ich nie da, i idą spać

Fala okropnych mrozów skuła Europę. W Rzymie śnieg sięga do kostek, a w Nicei i Cannes w ciągu kilkunastu dni spadło niemal półtora metra śniegu; palmy na nadbrzeżnych bulwarach uginają się pod białymi czapami. W Polsce wskutek potężnych mrozów Wisła, od Krakowa aż do Gdańska, skuta jest 20-centymetrową skorupą lodu, a w Polsce południowej i centralnej za dnia odnotowano wczoraj w miarę znośne -23 st. C.

W starych murach należącego do rodu hrabiów Tarnowskich zamku w Dzikowie pod Tarnobrzegiem jest straszliwie zimno i nie ma wody - rury wodociągowe zamarzły już kilka dni temu.

Pan na Dzikowie, hr. Zdzisław Jan Tarnowski, bawi akurat w swojej kamienicy w Krakowie, ale w zamku mieszka jego 90-letnia matka, hr. Zofia z Zamoyskich Tarnowska.

Po południu w piecu centralnego ogrzewania lądują kolejne łopaty węgla. Wszystko na nic. Lód nadal zatyka rury wodociągowe, szczególnie na nieogrzewanym strychu. Późnym wieczorem służba zaczyna rozgrzewać lampami benzynowymi zamarznięte rury, lecz pojmują, że tego dnia udrożnić się ich nie da, i idą spać.

Zaraz po północy służący obchodzi cały zamek. Niczego niepokojącego nie zauważa. Tymczasem w stropie strychu od kilku już godzin niepostrzeżenie tli się zaprószony podczas rozgrzewania rur ogień. Strop żarzy się jak torfowisko - nie widać płomieni ani nawet nie czuć dymu.

Zamek, skarbnica narodowej kultury, zasypia. Od czasu, gdy w roku 1522 Jan Spytek Tarnowski z Wielowsi kupił Dzików od Andrzeja Ossolińskiego z Ossolina, ród Tarnowskich zbudował na miejscu starego dworu solidnie ufortyfikowany zamek i wypełnił go bajecznymi skarbami. W bibliotece jest ponad 30 tys. tomów, w tym takie narodowe cymelia jak najstarszy druk krakowski z roku 1475, "Statuty" Łaskiego z 1506 roku, najrzadsze wydania Reja, Paprockiego, Orzechowskiego, prócz tego ponad 250 najstarszych druków polskich, zachowanych tylko w jednym, dzikowskim egzemplarzu. Większość kolekcji obrazów znajduje się teraz w domu hr. Tarnowskiego w Krakowie, ale w zamku pozostały imponujące zbiory archiwaliów, cennych mebli i narodowych pamiątek.

- Panie profesorze, pali się! - woła służąca o 3 w nocy, budząc mieszkającego wraz z rodziną na zamku bibliotekarza Michała Marczaka. Marczak, niezależnie od pracy na zamku, uczy też w gimnazjum w odległym o 2 km Tarnobrzegu. 

Profesor w jednej chwili odziewa się i pędem biegnie do piętrowej sali biblioteki. Ogień niby jest jeszcze daleko - płoną strychy i dach zamku - ale lada chwila może ogarnąć wysoki strop sali. Marczak odnajduje klucze do trzykondygnacyjnych szaf bibliotecznych biegnących wokół ścian, szamoce się z nimi, usiłując dopasować do zamków. Wokół niego zbiera się zamkowa służba. Bibliotekarz woła, by wyjmowali stare księgi i wynosili z zamku, ale większość służących ratuje to, co dla nich jest wartościowe - krzesła, lampy, nawet popielniczki. Na szczęście, usłyszawszy alarm, przybywają mieszkający w Dzikowie uczniowie Marczaka. Sprawnie wynoszą księgi wskazywane przez profesora.

Na schodach za głównym wejściem do sali bibliotecznej pojawia się ogień. Tamtędy przejść już nie sposób. Marczak kieruje uczniów z właśnie wyjętymi inkunabułami do obu bocznych drzwi do biblioteki. Na dworze drukowane skarby zostają na zasypanym śniegiem gazonie.

Jakby mało było kłopotu z ogniem w głównych drzwiach, pod ciężarem wspinających się do górnych półek uczniów łamie się jedyna sosnowa drabinka biblioteczna. Gimnazjaliści czepiają się framug, otwartych drzwiczek bibliotecznych i wspinają do najwyższych kondygnacji, skąd zrzucają książki. Pod sufitem czuć, jak z każdą chwilą robi się coraz goręcej.

Do zamku zbiegają się z pomocą praktycznie wszyscy mieszkańcy Dzikowa. Prof. Wyrostek, zajmujący się na zamku opracowywaniem archiwum majątkowego, ratuje 90-letnią hr. Zofię Tarnowską. Wyrwana ze snu starsza pani straciła w dymie orientację i właśnie szła przez amfiladę pokoi ku głównemu źródłu pożaru.

Straż pożarna z Dzikowa zjawiła się po pierwszych alarmach, jednak wszystkie hydranty przeciwpożarowe pałacu są zamarznięte. Zdesperowani strażacy usiłują wnosić na piętro śnieg, ale to tylko pogarsza sytuację - ogień nie maleje, za to parkiety stają się niebezpiecznie śliskie.

Profesor Marczak ocenia, że jego uczniowie świetnie radzą sobie z ratowaniem książek, i na czele paru gimnazjalistów biegnie do swej pracowni, by ratować owoc dziesięcioletniej pracy - katalogi zbiorów dzikowskich. Instruuje chłopców, jak mają wynosić karty katalogowe, po czym wraca do głównej sali bibliotecznej.

W zamku gaśnie światło. Salę biblioteczną rozświetlają jedynie buzujące pod zamkniętymi głównymi drzwiami płomienie oraz spadające za oknami żagwie. W ciemnościach cały czas ratuje książki 18 osób, w większości uczniowie, ale także oficer, por. Mastalski oraz Alfred Freyer, 26-letni syn koniuszego dóbr dzikowskich. Freyer jest bożyszczem kibiców lekkiej atletyki, ośmiokrotnym mistrzem kraju na długich dystansach, z maratonem włącznie. 14 razy bił rekordy Polski, jest największą nadzieją na olimpijskie złoto.

W końcu pęka nadpalony od góry sufit biblioteki, podmuch spadającego stropu wyrzuca Marczaka do sąsiedniego pokoju. Gimnazjaliści Krasoń i Lewek cucą profesora i boczną klatką wyprowadzają na dwór. Z 18 pracujących w sali bibliotecznej osób tylko sześć wypełza spod płonących gruzów. Czwórkę wyciągają jeszcze ich towarzysze. Młodszemu z braci Gilów tląca się belka przygniata nogi. Por Mastalski usiłuje dźwignąć ją, ale to niemożliwe. Ktoś wpada na pomysł, by chłopcu odrąbać nogi i choć ratować mu życie, ale nigdzie nie można znaleźć siekiery. Gil woła, by go zostawić, by reszta uciekała z sali.

Po chwili płonące belki zasypują go, cichnie jego krzyk. Pod płonącymi gruzami ginie osiem osób, w tym Alfred Freyer, troje uczniów gimnazjalnych - panna Kocznerówna, Gil i Mastalerczyk, córka nauczycielki, trzech robotników dóbr dzikowskich. Kilkoro rannych w bardzo ciężkim stanie zabiera do szpitala w Tarnobrzegu karetka.

Dziesięć minut po runięciu stropu w sali bibliotecznej wali się sufit w pokoju z katalogami. Michał Marczak próbuje jeszcze ratować bezcenne zamkowe archiwum i na czele kilkorga uczniów włamuje się do sali. Uczniowie bohatersko wynoszą z otoczonej płomieniami sali prastare rękopisy. Zabierają także rzeźbę Berniniego. Po chwili interweniuje jednak komendant policji - z dachu nad archiwum lecą już płonące deski. Jeszcze parę minut i cały zamek, ciągle pełen bezcennych skarbów i narodowych pamiątek, płonie jak stodoła.  

  • 1
  • 1
  • 1
  • 3
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':