http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

1 listopada 1950. My strzelamy, a on śpi

Włodzimierz Kalicki
2011-11-03, ostatnia aktualizacja 2011-11-03 15:42

Jest tak gorąco, że trudno złapać oddech. Po lunchu Truman otwiera w sypialni na piętrze okno, zdejmuje garnitur i muszkę i ucina sobie drzemkę na wielkim małżeńskim łożu z baldachimem

''Daily News'' z 2 listopada 1950. Po lewej: zastrzelony zamachowiec Griselio Torresola
Fot. New York Daily News Archive NY Daily News via Getty Images
''Daily News'' z 2 listopada 1950. Po lewej: zastrzelony zamachowiec Griselio...
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Prezydent Stanów Zjednoczonych Harry Truman jak co dzień przechodzi rankiem w towarzystwie agentów ochrony te parę kroków ze swej prezydenckiej rezydencji Blair House przy Pennsylvania Avenue do Białego Domu. Blair House jest oficjalną rezydencją gościnną amerykańskich prezydentów, w której zwykle zatrzymują się składające wizyty w Stanach głowy państw, ale od pewnego czasu służy za prywatną rezydencję Trumana.

W murach głównego korpusu Białego Domu eksperci znaleźli poważne uszkodzenia konstrukcji i na czas przebudowy Harry Truman zatrzymał się z rodziną w Blair House.

Prezydent wkracza do zachodniego skrzydła Białego Domu, które na czas przebudowy służy mu za miejsce urzędowania. Ociera chusteczką czoło - tego dnia w Waszyngtonie jest 29,5 st. C w cieniu, temperatura jak na początek listopada iście piekielna. Mimo upału wygląda nienagannie w ciemnym garniturze i z muszką zamiast tradycyjnego krawata. O 10 rano przez chwilę rozmawia z personelem, omawia porządek dnia.

Truman przechodzi do Gabinetu Owalnego. Czas na oficjalne spotkania. Pierwszym gościem jest hollywoodzki kompozytor Rudolf Friml, specjalista od muzyki do komedii romantycznych, twórca wielkich hitów lat 30.: "Rose-Marie" i "The Vagabond King". Prezydent uwielbia jego przeboje i Friml już od dawna ma obiecane, że gdy tylko pojawi się w Waszyngtonie, ma natychmiast zadzwonić. Zadzwonił i jest.

Prezydent rozmawia z Frimlem o jego najnowszych kompozycjach, o starych mistrzach: Mozarcie, Mendelssohnie, Beethovenie, Chopinie, Bachu. Truman jest melomanem, spotkanie z kompozytorem wprawia go, mimo okropnego upału, w znakomity nastrój.

Po Frimlu w Gabinecie Owalnym zjawia się miliarder Nelson A. Rockefeller, od niedawna szef Rady ds. Rozwoju Międzynarodowego, a w ślad za nim prezes Rady Lotnictwa Cywilnego Delos W. Rentzel. Po rozmowach z nimi prezydent Truman zabiera się do lektury raportu nowego szefa CIA gen. Waltera Bedella Smitha. Najnowsze ustalenia wywiadu są deprymujące: w szeregach armii komunistycznej, walczącej w Korei Północnej z wojskami ONZ, w których Amerykanie grają pierwsze skrzypce, bez cienia wątpliwości pojawiły się oddziały chińskie, i to liczące co najmniej 15-20 tys. żołnierzy.

Zaniepokojony prezydent wychodzi do ogrodu różanego, gdzie odbywa się podniosła ceremonia dekoracji Medalem Honoru płk. Korpusu Piechoty Morskiej Justice'a Chambersa za bohaterską postawę podczas walk z Japończykami na Iwo Jimie. Prezydent nie zważa na nienormalny upał, jest wyraźnie wzruszony, w świetnym humorze.

Po dekoracji w pośpiechu wraca do Gabinetu Owalnego na spotkanie z brytyjskim premierem sir Anthonym Edenem. Jeszcze krótka rozmowa z politykiem z Missouri Stuartem Symingtonem i wreszcie prezydent, w asyście czterech ochroniarzy, spacerkiem udaje się do Blair House na lunch z żoną Bess.

Jest tak gorąco, że trudno złapać oddech. Po lunchu Truman otwiera w sypialni na piętrze okno, zdejmuje garnitur i muszkę i ucina sobie drzemkę na wielkim małżeńskim łożu z baldachimem. O 15 ma jechać na cmentarz Arlington, by przemówić na pogrzebie brytyjskiego marszałka sir Johna Dilla.

Bess Truman z teściową prezydenta idą do innego pokoju, by nie przeszkadzać w wypoczynku. W Blair House zapada cisza jak w lipcu w domu na wsi.

Na parterze, w małym biurze przylegającym do holu, walczą z sennością główny woźny Howell Crim i jego asystent J.B. West. W holu jest tylko agent Secret Service Stuart Stout. Może uważać się za szczęściarza, jest tu stosunkowo chłodno. Policjanci z obsady Białego Domu strzegący rezydencji prezydenta właśnie wyfasowali zimowe mundury i teraz, stojąc w upale i ostrym słońcu przed Blair House, przeżywają istne katusze. W budce strażniczej po lewej stronie, na wschód od Lafayette Square, siedzi szeregowy Joseph Davidson. Obok budki przystanął agent Floyd Boring i plotkuje z Davidsonem. W budce po prawej stronie, odległej od budki Davidsona o niespełna 30 m, właśnie odbywa się zmiana: miejsce znużonego upałem policjanta Josepha Downsa zajmuje szeregowiec Leslie Coffelt. Downs przechodzi na stanowisko przy schodach prowadzących do Blair House. Stoi twarzą do ulicy i przygląda się spacerującym pod oknami prezydenckiej rezydencji przechodniom. Na tarasie rezydencji stoi oficer ochrony, potężnej postury Donald Birdzell.

Do wejścia do Blair House zbliżają się chodnikiem, z przeciwnych kierunków, dwaj młodzi mężczyźni w ciemnych garniturach i kapeluszach. Policjanci i agenci ochrony patrzą na nich obojętnie, młodzieńcy wyglądają nobliwie, jak pastorzy. 25-latek Griselio Torresola i o 11 lat starszy Oscar Collazo są fanatycznymi nacjonalistami portorykańskimi. Chcą w samobójczym ataku zabić prezydenta, by zwrócić uwagę świata na sytuację Portoryko, od ponad pół wieku zajmowanego i rządzonego przez Stany Zjednoczone.

Torresola podchodzi pierwszy do budki szeregowca Coffelta i głośno pyta go o drogę. Odwraca tym samym uwagę policjanta od swego kolegi, który idzie wprost w kierunku tarasu Blair House.

Agent Birdzell gapi się na ulicę i nagle słyszy szczęknięcie metalu. Ten dźwięk pozna zbudzony w środku nocy - ktoś odbezpiecza pistolet. Odwraca się i widzi młodego mężczyznę celującego doń z pistoletu z odległości trzech metrów. Birdzell sięga po broń i w tym momencie Collazo strzela z niemieckiego parabellum. Stalowy pocisk o zwiększonej sile penetracji trafia policjanta w nogę. Birdzell nie strzela, wyskakuje na Pennsylvania Avenue. Collazo biegnie za nim, strzela raz po raz. Trafia go znów. Birdzell upada obok torów tramwajowych, obraca się i strzela do napastnika.

Jego strzały giną w gwałtownej kanonadzie. Po pierwszym strzale Collazo jego wspólnik Torresola wyrywa zza paska od spodni niemieckiego policyjnego walthera i z odległości metra pakuje pół magazynka w piersi i brzuch siedzącego w budce Coffelta. Zalany krwią policjant osuwa się na ziemię.

Zamachowiec Collazo odwraca się i strzela do Josepha Downsa. Trafia go trzy razy. Ciężko ranny policjant ostatkiem sił przeczołguje się przez próg rezydencji i wzywa pomocy.

Agent Boring i policjant Davidson z drugiej budki, nieabsorbowani wymianą ognia, spokojnie celują do Collazo. Pierwszy z ich strzałów rani zamachowca w ucho, drugi - zrywa z jego głowy kapelusz. Agent Boring mierzy starannie i trafia Collazo w plecy. Napastnik przewraca się w drzwiach wejściowych; jego głowa i ramiona leżą już wewnątrz Blair House.

Drugi zamachowiec Torresola w tym czasie strzela do agenta Birdzella, który mimo ran wstał i celuje w niego. Już drugi strzał Torresoli trafia agenta. Birdzell pada na bruk. Nie ma siły unieść rewolweru, więc opiera rękojeść o bruk i strzela trochę na wiwat.

Torresola zwraca walthera przeciwko Boringowi i szeregowcowi Davidsonowi. W tej samej chwili szeregowiec Coffelt odzyskuje na chwilę przytomność, wyciąga broń i strzela Torresoli prosto w głowę. Zamachowiec pada martwy pod krzakiem bukszpanu. Bohaterski Coffelt umiera w tej samej chwili; rewolwer wypada mu z ręki na próg budki.

W Blair House agent Stout miota się po parterze w poszukiwaniu pistoletu maszynowego. Gdzie on jest, do diabła!

Strzelanina budzi prezydenta. Truman podbiega do okna, wygląda.

- Cofnij się! Cofnij się! - krzyczy na niego z chodnika agent Boring.

Przed wejściem do rezydencji leży martwy zamachowiec Torresola i zabity policjant Coffelt. Drugi napastnik - Collazo - oraz dwaj policjanci, są ciężko ranni.

Truman błyskawicznie ubiera się.

- Co teraz? - pyta go sekretarz.

- Jedziemy na cmentarz Arlington. Za chwilę mam przecież przemawiać na pogrzebie sir Dilla - odpowiada zimno Truman.

  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':