http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

25 października 1854. Cienka czerwona wstęga

Włodzimierz Kalicki
2011-10-27, ostatnia aktualizacja 2011-10-27 16:16
''Cienka czerwona linia'', reprodukcja obrazu Roberta Gibba z 1881 roku
''Cienka czerwona linia'', reprodukcja obrazu Roberta Gibba z 1881 roku
Fot. Rights Managed BE&W

Dowódcy lekkiej brygady lorda Cardigana rankami nie ma przy żołnierzach, głodujących i marznących w letnich mundurach. Jest na swoim luksusowym jachcie "Driada", w wytwornej kabinie, z pokładową piwniczką najlepszych szampanów i francuskim kucharzem

ZOBACZ TAKŻE
Zimno i stały głód robią swoje - żołnierze angielskiego 4. Pułku Lekkich Dragonów, stojący na pikiecie wywiadowczej w wiosce Kamara, najbardziej wysuniętej placówce sojuszników nad rzeką Czarną, jeden po drugim zapadają w drzemkę. A przez szarówkę przedświtu cichutko skrada się do Kamary duża grupa carskich kozaków. Na szczęście jest jeszcze oficer dyżurny 4. Pułku kpt. Alexander Low, który zawsze punktualnie objeżdża pikiety. Low dzikimi okrzykami budzi swoich dragonów. Anglicy w ostatniej chwili uciekają przed pikami i szablami kozaków.

Za kozackimi watahami wyłaniają się z mgły rosyjskie pułki piechoty i jazdy. Krótko po 6 rano potężny huk dziesiątek armat obwieszcza wojskom antyrosyjskiej koalicji na Krymie, że carskie pułki przystąpiły do kontrofensywy.

Po zaatakowaniu w zeszłym roku przez Rosję Turcji Wielka Brytania i Francja zawarły sojusz antymoskiewski. Miesiąc temu 60 tys. żołnierzy brytyjskich, francuskich i tureckich wylądowało na Półwyspie Krymskim i przystąpiło do oblężenia wielkiej twierdzy morskiej Sewastopol. Bazą flot i wojsk sprzymierzonych jest niewielki port Bałakława w pobliżu Sewastopola. Jego utrata byłaby dla sprzymierzonych katastrofą. I właśnie dlatego na rozkaz cara Mikołaja I silna armia rosyjska gen. porucznika Pawła Liprandiego dziś o świcie rozpoczyna atak na port w Bałakławie.

Rosyjskie wojska po przejściu rzeki Czarnej sprawnie rozwijają szyki i wdrapują się na tak zwane Wzgórza Fiediuchina. Przed nimi rozciąga się równina Bałakława, w połowie podzielona linią Wzgórz Nasypowych na dwie doliny - północną i dalszą - południową. Dostępu do Wzgórz Nasypowych broni linia sześciu prowizorycznych redut obsadzonych przez piechotę turecką wzmocnioną dziewięcioma armatami i brytyjskimi kanonierami. Za wzgórzami, w południowej dolinie, dostępu do portu Bałakława bronią jedynie dwie zapory: 550 Szkotów ze sławnego 93. Pułku Highlanders, a w dali za nimi - linia żołnierzy Królewskiego Korpusu Piechoty Morskiej wzmocnionych garścią tureckich piechurów.

Gdy robi się jasno, rosyjska piechota atakuje szczyt Wzgórz Nasypowych. Wielokrotnie mniej liczni tureccy piechurzy bronią ich zaciekle przez półtorej godziny, ale w końcu fale Rosjan zalewają niewielkie reduty. Niedobitki 500 bohaterskich Turków uciekają w głąb doliny południowej, ale tam dopadają ich kozacy i straszliwie masakrują. Szarża garstki brytyjskiej jazdy mogłaby uratować uciekających nieszczęsnych obrońców redut, ale Brytyjczycy nieporuszeni patrzą na dobijanie ich przez kozaków.

Na zachodnim krańcu Wzgórz Nasypowych swe białe okrągłe namioty rozbiła brytyjska dywizja kawalerii lorda Lucana, składająca się z lekkiej brygady i ciężkiej brygady. Dowódcy lekkiej brygady lorda Cardigana rankami nie ma przy żołnierzach, głodujących i marznących w letnich mundurach. Jest na swoim luksusowym jachcie "Driada", w wytwornej kabinie, z pokładową piwniczką najlepszych szampanów i francuskim kucharzem. Jego jacht zajmuje stanowisko przy niewielkim nabrzeżu Bałakławy - tak potrzebne statkom zaopatrzeniowym, czekającym na redzie, aż zwolni się miejsce w porcie. Lordowie Lucan i Cardigan są spowinowaceni, ale serdecznie się nie lubią i często nawzajem poniżają się w obecności podwładnych. Na swoje stanowisko dowodzenia lord Cardigan przybywa zwykle dopiero po 10 rano - dziś wyjątkowo zjawia się już o 7.45, w sam raz, by popatrzeć na masakrę tureckich sojuszników, obrońców redut, oraz utratę dziewięciu angielskich armat.

Z wysokiej skarpy Sapun na dolinę Bałakława spoziera naczelny dowódca brytyjskich sił ekspedycyjnych lord Raglan. Przy boku ma liczny sztab oraz wpływowego londyńskiego reportera, korespondenta "The Times" Williama Howarda Russella. Tuż przed ósmą do głównodowodzącego dołącza konno Fanny Duberly, żona kapitana Henry Duberly'ego z 8. Pułku Huzarów. Z wieloma oficerami, a nawet prostymi żołnierzami przypłynęły na Krym ich żony, by tu troszczyć się o mężów. Najbardziej znaną z żołnierskich żon jest pani Duberly, która swą urodą i skłonnością do flirtów zawróciła w głowach ćwierci korpusu oficerskiego, panów lordów nie wyłączając.

Naczelny dowódca lord Raglan nie wydaje żadnych rozkazów i w końcu lord Lucan traci cierpliwość. By choć trochę wesprzeć masakrowanych Turków uciekających ze straconych redut, rusza na czele swej ciężkiej brygady do pozorowanego ataku. Ale Rosjanie nic sobie z tej demonstracji nie robią, przeciwnie, dalej dobijają Turków i - co więcej - przenoszą ogień swych armat na brytyjską dywizję kawalerii. Pociski nadlatują z gwizdem i w ostatnich sekundach lotu są dobrze widoczne; doskonali jeźdźcy są w stanie w ostatniej chwili poderwać konia i uniknąć trafienia. W szeregach lekkiej brygady oficerowie krzyczą: "Uwaga, milordzie!", i zastępujący ciągle nieobecnego lorda Cardigana lord Paget uskakuje swym rumakiem o metr w bok. Armatnia kula przelatuje między nogami jego konia. Śmiechy i żarty towarzyszy broni kończą się, gdy kolejny 12-funtowy pocisk z charakterystycznym mlaśnięciem rozrywa brzuch kawalerzysty w pierwszej linii 4. Pułku Lekkich Dragonów. Z każdą minutą takich straszliwych mlaśnięć słychać coraz więcej.

Rosyjska kawaleria przemierza dolinę północną i nieoczekiwanie dla Brytyjczyków wjeżdża na grzbiet Wzgórz Nasypowych. Tam dzieli się na dwie grupy. Mniejsza, licząca około pół tysiąca kawalerzystów, rusza prosto na najważniejszy cel bitwy - port w Bałakławie. Na jej drodze stoją szkoccy górale z 93. Pułku Highlanders: potężni, w znakomitej większości rudobrodzi mężczyźni, w tartanowych kiltach, białych owijaczach imitujących tradycyjne szkockie podkolanówki, futrzanych bermycach na głowach i czerwonych, biało szamerowanych kurtkach. Cudów nie ma - masa pędzącej rosyjskiej kawalerii musi zmieść i rozrąbać górali. Dowodzący Szkotami generał sir Colin Campbell ma za mało żołnierzy, by sformować czworobok, regulaminowy szyk obronny przed atakiem kawalerii. Ustawia górali ciasno, ramię w ramię, w podwójnej linii - Szkoci stojący z tyłu celują spomiędzy głów towarzyszy z pierwszego szeregu.

- Żołnierze, stąd nie ma odwrotu! Musicie zginąć tam, gdzie stoicie! - woła sir Campbell.

- Tak jest, sir, skoro tak trzeba, to tak będzie! - odkrzykuje szeregowy John Scott.

W koszarach samowolne odezwanie się szeregowca to skandaliczne złamanie dyscypliny i skończyłoby się paką, ale teraz sir Campbell tylko lekko skłania głowę. Za chwilę i tak wszyscy zginą.

Z wysokości skarpy Sapun patrzą na cienki, rozciągnięty szyk górali oniemiali lord Raglan, oficerowie jego sztabu, francuski generał Pierre Bosquet, pani Duberly. Reporter William Russell gorączkowo notuje: "Rosjanie rzucają się na górali. Ziemia umyka im spod kopyt, nabierają z każdym krokiem coraz większej prędkości, pędząc na cienką, czerwoną wstęgę, obramowaną od góry lśniącą stalą".

Cienką, długą linię Szkotów spowija dym pierwszej salwy. Potem drugiej, trzeciej. Żadnemu z brodatych górali nie drży ręka. W nieustannym łoskocie salw, w kłębach dymu nagle objawia się cud - zmasakrowane ogniem górali w czerwonych kurtkach szyki rosyjskiej jazdy załamują się. Pędzący kozacy tuż przed szykiem górali skręcają, chcąc ominąć tę piekielną czerwoną wstęgę. Krewcy Szkoci co rusz wyskakują z szyku, próbując dosięgnąć bagnetami pędzących tuż przed nimi rosyjskich jeźdźców.

- Dziewięćdziesiąty trzeci, stać i nie wariować! - krzyczy sir Colin Campbell.

Ze skarpy Sapun widać niewzruszoną czerwoną wstęgę szkockich mundurów i przedpole gęsto zasłane zabitymi i rannymi jeźdźcami i wierzchowcami. Notujący jak natchniony Russell nie może przypuszczać, że jego fraza o cienkiej czerwonej wstędze, którą po południu zamieszcza w artykule do "The Times", później już jako "cienka czerwona linia" wejdzie do anglosaskiej kultury jako synonim heroicznej walki brytyjskiego żołnierza z przeważającym wrogiem - i zwycięstwa.

  • 6
  • 3
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':